Francuska prezydencja w UE – grudniowe podsumowanie

Ignacy Krasiński wysnuł bardzo mądry wniosek. Dlaczego dzwon jest głośny? Gdyż wewnątrz jest próżny. To stwierdzenie doskonale oddaje sens francuskiej prezydencji. Francja jest bardzo nieskuteczna, ale za to bardzo głośna medialnie. Nicolas Sarkozy co chwila wychodzi z nowym pomysłem, udziela kontrowersyjnej wypowiedzi lub – w ramach ostateczności – posługuje się swoją żoną.  Człowiek mediów, nowoczesny polityk.

Unia Europejska pod prezydencją Francji nie zrealizowała swoich celów. Co więcej, na przykład proces wejścia w życie Traktatu Lizbońskiego uległ przedłużenia, a nawet stanął pod znakiem zapytania. Szczególnie w tej kwestii Nicolas Sarkozy jest nieskuteczny, bo nie tylko prowokuje sceptyczną postawę Vaclava Klausa wobec tego dokumentu, ale również nie jest w stanie wpłynąć na prezydenta RP, Francuska prezydencja jest za to bardzo medialna. Oczywiście, to dobrze, że Paryż postarał się, by Unia miała bardziej wyrazisty kształt, nie wziął jednak pod uwagę faktu, iż ma reprezentować 27 państw, a nie jedną Republikę.

W swoim komentarzu chciałbym się skupić na dwóch kwestiach. Nieskuteczności polityki podejmowanej przez Francję w ramach sprawowania prezydencji w UE oraz bezsensowności niektórych wypowiedzi i spotkań podejmowanych przez prezydenta Francji.

Na pewno piwo Guinness nie należy do ulubionych trunków prezydenta. Irlandczycy bardzo wpłynęli na kształt polityki prezydencji. Cel państw zachodnich, wejście w życie Traktatu Lizbońskiego 1 stycznia 2009 pozostało jedynie marzeniem sennym. Sarkozy zapowiedział, że weźmie ten problem na swoje barki. Sztanga okazała się jedank zbyt ciężka. Prezydent wyznaczył sobie cel – i go nie osiągnął. Zaczynając swoją urzędowanie dysponował dużym kredytem sympatii wśród społeczeństw w Europie. Na swoje życzenie staje się coraz mniej lubiany. Składa się na to jego frustracja związana z Traktatem Lizbońskim. To właśnie Sarkozy robił wszystko by ten dokument był ratyfikowany przez parlamenty, a nie bezpośrednio przez obywateli. Kiedy wyskoczył „problem irlandzki”, Sarko nie potrafił wymyślić niczego rozsądnego. Wie, iz UE będzie musiała pójść na pewne ustępstwa wobec Irlandii. W związku z tym zaczął zajmować się Polską i Czechami. Państwa te bardzo sprytnie rozgrywały kwestie poparcia dla traktatu, bo przecież deklarując oczekiwanie na decyzję Irlandczyków, de facto nie opóźniają procesu wejścia w życie tego dokumentu.

Prezydent Sarkozy (i europosłowie) jednak się zapomnieli. „Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Okazało się, iż wolność i demokracja są nadal najważniejszymi wartościami Unii Europejskiej, ale już tylko w samych deklaracjach. Próby wymuszenia na suwerennych przywódcach i narodach pewnych rozwiązań nie są raczej dowodem na realizację tych wartości. W dodatku forma, w jakiej to robi, jest fatalna, bo przypomina sposób pouczenia charakterystyczny dla rozmów między rodzicami, a dziećmi. Francuzi nie rozumieją, że Unia, jako Wspólnota, ma służyć i pomagać wszystkim państwom, a nie być instrumentem realizacji określonych celów politycznych kilku największych podmiotów. Jeżeli jakieś zapisy są niekorzystne dla jednego z narodów, ma uzasadnioną możliwość zablokowania takiego rozwiązania. Jest to jedna z zasad, którą do tej pory zajmowała się Unia przy podejmowaniu fundamentalnych decyzji. Razem dla dobra wszystkich, a nie niektórzy przeciwko niektórym )albo po prostu więksi przeciwko mniejszym). Publikowanie przez Sarkozy’ego (wspólnie z J. M. Barosso) wypowiedzi atakującej prezydenta Czech było równie nieodpowiedzialne, a w dodatku zaznaczanie przez tych panów, iż to prezydent Klaus zachował się niewłaściwie, a nie europosłowie, jest niemal paranoiczne. Każdy przecież może zerknąć do stenogramu.

W dziedzinie polityki zagranicznej Nicolas Sarkozy wypada jeszcze gorzej. Ostatnio postanowił zrobić trochę fajerwerków. Spotkał się z Dalajlamą, przez co Chińczycy odwołali szczyt z państwami UE. Po co się spotykał? Dla PR-u, polityka wobec Tybetu się nie zmieniła, za to Chińczycy pokazali, że stać ich na ostentacyjny gest. Rozmowa Sarkozy’ego z Dalajlamą miałaby sens, gdyby przyniosła jakieś skutki (dla Unii albo dla Tybetu), a takowych nie ma i nie będzie.

Interesująco było również w kwestii Iranu. Prezydent Sarkozy, pomimo tego, że ostatnio spór wokół Teheranu nieco ucichł i ajatollahom w erze obniżenia cen za ropę nie jest wesoło, postanowił jakoś interesująco skomentować swój stosunek do Ahmadineżada. Powiedział, że człowiekowi, który chce wymazać Izrael z mapy, ręki nie poda. Bohatersko, Żydzi na pewno się cieszą. Problem jednak w tym, że to znowu jedynie polityka deklarowana oraz wywoływanie wilka z lasu. Po co obrażać prezydenta Iranu, gdy jest spokojny? Znowu – co to dało całej wspólnocie? Nic. Za to Sarkozy otrzymał łatkę moralnego i odważnego. Gorzej, że zarówno w przypadku Tybetu, jak i Iranu cała polityka Sarkozy’ego sprowadza się do słów. Szkoda o tyle, że Unia Europejska jest instytucją na tyle wpływową , by nadawać tor światowej polityce.

Ośmieszające dla Unii Europejskiej są również porozumienia w/s Gruzji. Tutaj znowu Sarkozy sobie nie poradził. Tj. wynegocjował dokument niekorzystny dla Gruzji, ale będąćy odbiciem geopolitycznej sytuacji, więc tego nie można mu mieć za złe. Saakaszwili nic lepszego by nie ugrał, co gorsza – Rosjanie nawet z nim nie chcieli rozmawiać. Problem pojawił się wtedy, gdy Unia postanowiła przypisać sobie miano tej, która ocaliła niepodległość Gruzji. Tak nie jest, wojna potężnie uderzyła w infrastrukturę oraz integralność tego państwa. Jej pochodną jest też nieprzyznanie MAP-u. Gdzie więc tutaj sukces? Jeszcze, jakby tego było mało, Rosjanie nie przestrzegają zawartych porozumień, bo UE nie ma środków mogąych zmusić Rosję do podjęcia odpowiedniej decyzji, korzystnej z punktu widzenia Wspólnoty. Cicho jest w sprawie Kosowa, ale samo Kosowo przyczyniło się do problemów z Osetią Południową i Abchazją. Czy kogoś to dziwi?

Należy więc cieszyć się, że efekciarski Sarkozy przestaje reprezentować Unię. Pytanie, jak pordzą sobie Czechy z wyzwaniem? Generalnie liczę na to, że Unia spojrzy bardziej na wschód. Na przykład na Ukrainę, którą trzeba przeciągnąć na europejską stronę.