Co dalej z Tybetem?

Dalajlama XIV - duchowy i polityczny przywódca Tybetańczyków
Dalajlama XIV - duchowy i polityczny przywódca Tybetańczyków

W komentarzu do ostatniej wizyty Dalajlamy XIV w Polsce warto zadać innym Polakom i całemu światu pytanie o Tybet. Po zagłębieniu się w temat, kilku rozmowach i przede wszystkim lekturze ciekawych źródeł, okazuje się, że to zagadnienie wcale takie czarno-białe, jak przedstawiają go media. W debacie publicznej pomijanych jest wiele argumentów, które powodują, iż na sprawę można spojrzeć z bardziej złożonej perspektywy. W kwestii Tybetu kluczowe jest zweryfikowanie kilku mitów i zaproponowanie nowych, bardzo kontrowersyjnych, argumentów, które są celowo przez społeczeństwa zachodnie – które oczywiście nie są bez winy – pomijane.

Czy zatem Tybet ma szanse na wolność lub choćby autonomię na poziomie Hong Kongu? Nie ma i w najbliższych latach nie będzie mieć.

Chińczycy traktują Tybet jako integralną część swojego państwa i robią wszystko, by doprowadzić do asymilacji tego regionu. W tym miejscu warto zatrzymać się i opisać kilka ruchów chińskich władz, które w przyszłości mają doprowadzić do unifikacji. Po pierwsze, typowa polityka osadnicza. W Tybecie osiedla się coraz więcej Chińczyków, którzy „w ramach promocji” dostają za to olbrzymie dodatki do pensji i ulgi podatkowe. Daje to pewną możliwość „zrobienia kariery”, co prawda jest ona ograniczona, ale dla ludzi, którzy pozbawieni są perspektyw, jest to zupełnie niezłe wyjście. Powoduje to frustrację Tybetańczyków, którzy takich możliwości zawodowych nie mają. Trzeba pamiętać o tym, że popularna wizja Tybetu, jako kraju mnichów, nie pokrywa się z tym prawdziwym obrazem, gdzie jest to bardzo biedny rejon, w którym dominuje rolnictwo, hodowla i rzemiosło. Mnisi stanowią jedynie określony, już teraz nieduży, odsetek mieszkańców. Tybetańczyk może wybić się tylko wtedy, gdy nauczy się języka mandaryńskiego oraz zapisze się do partii. „Żadnych złudzeń panowie” – jak to mawiał car Aleksander II. Do tego należy dodać standardowe aspekty takie jak szkolnictwo chińskie, które stara się wyprzeć tybetańskie wartości i język. Generalnie polityka społeczna bardzo propaguje postawę prochińską, a walczy z rozpowszechnianiem się kultury tybetańskiej. Chińczycy robią też bardzo dużo, aby „kupić” Tybetańczyków. Ekonomicznie patrząc – asymilowanie się opłaca. Żadna nowość. Kij i marchewka. Można powiedzieć, że w Tybecie prowadzona jest polityka gospodarczego i społecznego – jak to ujął Dalajlama – apartheidu.

Oznacza to mniej wiecej tyle, że głównym celem Pekinu nie jest całkowite zniszczenie tej kultury, a zmniejszenie jej wpływów. Właśnie dlatego mnisi mają zakaz rozmawiania na tematy polityczne i filozoficzne. Wszelkie akty sprzeciwu są brutalnie tłumione, jak te zamieszki w maju. Społeczeństwo zostaje pozbawione wewnętrznej siły do stawiania oporu, jest pogodzone ze swoim losem, ale jednocześnie pamięta i szanuje swoją religię i tradycję. Część Tybetańczyków już zapisała się do partii. Gubernatorem Xizangu (prowincji obejmującej około połowy historycznego Tybetu) jest obecnie Tybetańczyk.

W interesie Chińczyków jest jednak istnienie apolitycznej kultury tybetańskiej. Brzmi skomplikowanie, ale w gruncie rzeczy chodzi o pozbawienie nadziei Tybetańczyków na wolność, przy jednoczesnym pozostawieniu im prawa do praktykowania np. własnej religii. Służby bezpieczeństwa prowadzą bezwzględną politykę. Ideał mnicha według Chin to taki, który siedzi w klasztorze, daje się oglądać turystom i nie ma zamiaru nic powiedzieć. Pekin uświadomił sobie, że rozwój Tybetu jest w jego interesie, nie tyko ze względu na wielu turystów, którzy zaczęli tam przybywać w latach 90-tych, ale również dlatego, gdyż to bardzo ważne miejsce pod względem strategicznym, przy granicy z Indiami, gdzie znacznie rozbudowano infrastrukturę wojskową. Polityka chińska wobec Tybetu przeszła olbrzymia ewolucję, od mordowania, torturowania i więzienia Tybetańczyków oraz niszczenia klasztorów (przyjmuje się, że zburzono około 80%!), do nieco bardziej liberalnej polityki, w ramach której te same klasztory… odbudowano lub pomagano odbudować. Nie mam jednak żadnych złudzeń, że w przypadku powstania jakiegokolwiek oporu, np. takiego jak powstanie w 1959r, zostanie równie bezwzględnie i okrutnie potraktowany. Obecnie inwestuje się w tamten region miliardy dolarów. Chińczycy nie chcą zniszczyć Tybetu, chcą z niego zrobić rezerwat! Przyjedzie obcokrajowiec, zapłaci, poogląda mnichów, zwiedzi klasztory, kupi trochę pamiątek… Co roku do Tybetu przybywa milion turystów. Ich przewodnikami są Chińczycy. Przypadek? Nie, przepisy są stworzone w taki sposób, by byli nimi głównie Chińczycy. To jest naprawdę dobrze zorganizowana polityka. Tybetańczycy są dyskryminowani w swoim kraju w ramach prawa.

Tybetańczycy mieliby podzielić los Indian. W kwestii Tybetu Chiny zachowują się jak Stany Zjednoczone. Wielkie inwestycje, próba poprawy poziomu życia oraz narzucenie swoich uwarunkowań kulturowych i politycznych. Jak to mawia Stefan „Siara’ Siarzewski w „Kilerze” – „Mają rozmach skur******”. Pekin łamie prawa człowieka wtedy, gdy ktoś w Tybecie się wychyli. Ci Tybetańczycy, którzy chcą stawiać opór, są zastraszeni. Nikt się o nich nie upomni. Z kolei ci podporządkowani mogą żyć w miarę normalnie. Świat bije granice hipokryzji, bo dużo mówi o szanowaniu praw człowieka, ale nic nie robi, by je egzekwować. Czy Tybetańczycy podzielą los Indian?

Czas działa na korzyść Chin, z każdym kolejnym miesiącem sytuacja Tybetu pogarsza się. Władze chińskie podjęły decyzję o bezpośrednim ingerowaniu w praktyki religijne Tybetańczyków. To dlatego porwano XI Panczenlamę. Wyjaśnię. Panczenlama jest drugą, po dalajlamie, osobą w hierarchii buddyjskiej. Jest odpowiedzialny za wskazanie kolejnego wcielenia Dalajlamy. W 1995 roku Dalajlama XIV rozpoznał XI Panczenlamę, 6-letniego wówczas chłopcu. Dwa dni później został on aresztowany (porwany?) przez chińskie władze oraz odizolowany. Co się z nim teraz dzieje? Nie wiadomo. Na pewno nie praktykuje nauk tybetańskiego buddyzmu. W każdym razie uznaje się go za najmłodszego więźnia politycznego. W ten sposób Chińczycy uderzają w fundament religijny Tybetu. Rezolutni aparatczycy partyjni wyznaczyli zresztą … własnego, partyjnego Panczenlamę. Nie jest on prawowity. Plan jest jednak prosty. Po śmierci Dalajlamy „koncesjonowany” Panczenlama ogłasza nowego Dalajlamę, zgodnie z życzeniem Pekinu. Jako że prawowity Panczenlama jest nadal odizolowany (albo gorzej: zindoktrynowany), nie będzie w stanie wskazać nowego przywódcy duchowego. Chiny zrobią wszystko, by narzucić swojego kandydata.

Zagadką jest, czy rząd na uchodźstwie, pozbawiony autorytetu Jego Świątobliwości oraz społeczeństwo tybetańskie, będą w stanie sobie poradzić z tym problemem. Sporną kwestią jest też zachowanie mnichów. Świat zapewnie będzie milczał. Sprawa tybetańska, bez sławy i autorytetu Dalajlamy, stanie się jeszcze bardziej marginalna. Jeżeli Chinom do tego udałoby się narzucić nowego Dalajlamę, to sytuacja stałaby się dramatyczna. Na całe szczęście to akurat nie będzie takie łatwe, bo mnisi nie uwierzą nieprawowitemu Panczenlamie. Szykuje się jednak zdecydowana konfrontacja, w której Chińczycy mają zdecydowaną przewagę. Tybet jest papierem lakmusowym dla europejskich polityków, jeśli chodzi o szanowanie wartości. Papierek w całości zabarwił się na czerwono. Prawdopodobnie ze wstydu.

Tybet nie będzie też wolny z innych powodów. Geopolitycznych. Jego położenie powoduje, iż Chińczycy nie chcą tracić tego punktu na granicy z Indiami Ponadto niedawno odkryto tam – o czym się jakoś się głośno nie mówi – olbrzymie złoża ropy naftowej oraz – wg Wikipedii – są tam największe na świecie złoża uranu. Znajdują się tam też bardzo ważne instalacje wojskowe Ponadto z Tybetu jest blisko do prowincji Xinjiang, w którym znajdują się surowce, ropociąg i gazociąg z Kazachstanu oraz do prowincji Sichuan (surowce, spichlerz Chin, w którym mieszka 100 milionów ludzi). Chińczycy nie chcą oddać kury, która znosi złote jaja.

Pora zająć się samym Dalajlamą XIV. To bardzo wytrawny polityk. Jego postulaty dotyczące autonomii nie wynikają z rzeczywistych oczekiwań, a z realizmu politycznego. Postuluje hy Tybetowi został nadany status podobny do tego, który mają Hong Kong oraz Makao, według zasady „Jeden kraj, dwa systemy polityczne”. Poza tym zgłasza oczekiwania zrozumiałe z punktu widzenia ochrony tożsamości tybetańskiej, takie jak zakaz osiedlania się Chińczyków w Tybecie. Domaga się również prawa do swojego powrotu i pełnej swobody dla siebie oraz wycofania wojsk chińskich. Pekin jednak nie chce zaakceptować tych warunków, gdyż dopuszcza jedynie -że tak to nazwę – autonomię koncesjonowaną. Szczególnie, że Tybet jest formalnie autonomiczny. Hu Jintao nie widzi też sensu ustępowania Dalajlamie, który nie ma żadnych argumentów politycznych, ani gospodarczych, ani tym bardziej militarnych. Realpolitik. Najlepiej skomentuje to powiedzenie Stalina: „Papież, a ile ona ma dywizji?”.

Potęga Dalajlamy XIV to jego światowy PR. O sprawie pamięta się głównie ze względu na niego oraz mistyczny obraz Tybetu. W Chinach mieszka wiele zapomnianych narodów, których wojownicy walczą o swoje prawa z władzami chińskimi, a media o tym nie informują albo robią to w zdawkowy sposób. Potęga tybetańskiego przywódcy duchowego polega nie na tym, że spotyka się z Nicolasem Sarkozym czy G.W. Bushem, ale na umiejętności dotarcia do normalnego człowieka. Przeciętny człowiek zapytany o Tybet wie, że „łamane są prawa człowieka”, ale nie potrafi z reguły powiedzieć nic ponad kilka ogólników i ma bardzo stereotypową wizję tego górzystego regionu. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę ignorancja zachodnich społeczeństw, to sukces. Ludzie jednak powinni więcej czytać, by zrozumieć, że sam Dalajlama nie widzi szansy na „Free Tibet”.

Jest jeszcze jeden problem, o którym się w ogóle nie mówi. Dalajlama, choć bardzo popularny w świecie, nie jest tak krystalicznie czysty, jak się go nieraz przedstawia. Na pewno każda osoba interesująca się Tybetem spotkała się z książką„Siedem lat w Tybecie. Moje życie na dworze Dalajlamy” napisaną przez Heinricha ,Harrera, byłego nauczyciela przywódcy duchowego Tybetańczyków. Okazało się, iż ten człowiek był członkiem NSDAP i SS. Ta rysa jednak o niczym nie świadczy, bo tak naprawdę trudno uznać, by Dalajlama ideały narodowosocjalistyczne wprowadzał w życie. Okazuje się jednak, że Dalajlama ma więcej podejrzanych znajomości. Czy wszystkie można przypisać wrodzonej dobroci i jednocześnie pewnej uroczej naiwności? Jeżeli do tego dodamy fakt, iż na początku popierał porozumienia z Chinami, a nawet był w pewien sposób zafascynowany maoizmem, okazuje się, że jak każdy, popełniał błędy, bardzo kosztowne błędy. Inna sprawa, że w latach 50-tych świat wcale nie kwapił się do pomocy Tybetowi, ale o czerwonym papierku lakmusowym już pisałem.

Siła Dalajlamy polega na jego potędze duchowej, ale również na umiejętnościach medialnych. To doskonały przykład na to, że można pokazać prawdziwe oblicze Chin i jednocześnie nie atakować tego państwa zbyt agresywnie. Łagodność Dalajlamy jest jego siłą. Jego kompromisowość jest doskonale sprzedawana, chociaż tak naprawdę jego oczekiwania w/s autonomii wcale nie są minimalistyczne. Tybetańczycy zaczynają się już niecierpliwić. Szczególnie młodzież, która nie zna innych realiów życia niż pod okupacją. Działający głownie na emigracji, Kongres Młodzieży Tybetańskiej, radykalizuje swoje stanowisko. Młodzi coraz mniej chcą słuchać Dalajlamy. Uważają, że jest nieskuteczny, ich sympatia idzie w stronę fundamentalistów. Duchowy przywódca nie jest dla nich prawdziwym autorytetem. Bardzo możliwe, że po śmierci Dalajlamy, młodzież wkroczy na drogę bezpośredniego starcia z Chińską Republiką Ludową. Ta walka jest skazana na porażkę, bo w takiej sytuacji dojdzie do brutalnej pacyfikacji. To młodzież najbardziej ucierpiała w wyniku represji po majowych zamieszkach. Wynikały one z poczucia bezradności i wściekłości wobec skuteczności chińskiej polityki. Reakcja świata była zresztą standardowa. Słowa, nie czyny. Igrzyska odbyły się normalnie i bez zakłóceń.

Tybet znajduje się więc między młotem, a kowadłem. Żadna z dróg – ani pokojowa, ani wojenna, nie doprowadzą do uwolnienia Tybetańczyków. Pozycja Chin umacnia się z każdym dniem. Chińczyków stać na ostentacyjne odwołanie spotkania z Unią Europejską ze względu na gdańską rozmowę Sarkozy-Dalajlama Jedyną szansą dla Tybetu jest wspieranie kultury i upowszechnianie informacji na jej temat. Tak naprawdę rządy (np. amerykański) tylko pozornie mówią o tej sprawie. Alibi przed opinią publiczną. Trzeba też informować świat na temat konsekwentnej polityki chińskiej, która doprowadzić ma tybetańską kulturę do utraty ducha, a umożliwić jej jedynie pozostanie folklorem.

Współpraca: Michał Kołakowski