Atomowy targ z Iranem w roli głównej, czyli stara gra Rosji

Nie dalej jak w połowie września br. pisałem, że Rosji nie zależy na rozwiązaniu problemu irańskiego programu nuklearnego, tylko na jego podtrzymywaniu. Na „niezbędną rolę” Rosjan nabierała się administracja Busha i wiele wskazuje na to, że Obama także da się nabrać. Waszyngton czy Bruksela ustępują Moskwie, czyniąc w jej stronę rozmaite gesty, jednak efektów takiej polityki nie widać. To znaczy, nie widać takich efektów, jakich spodziewają się Amerykanie czy Europejczycy.

Wchodzę na Onet.pl i czytam, że „Rosja złożyła atomową ofertę w sprawie tarczy”:

Rosja jest gotowa zrezygnować z modernizacji arsenału jądrowego, jeżeli Stany Zjednoczone porzucą plany budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Opinię taką wyraził generał Nikołaj Sołowcow, dowódca rosyjskich wojsk rakietowych.”,

napisano w pierwszym akapicie.

Oferta miód-malina, tylko przyklasnąć i wyściskać się z rosyjskim niedźwiedziem. Jednak po chwilowym zastanowieniu okazuje się, że to zwyczajne brednie obliczone na zdobycie propagandowej przewagi nad Stanami Zjednoczonymi w oczach zachodniej opinii publicznej. Stare tricki znane z sowieckich czasów, kiedy wspierani hojną ręką przez radzieckich towarzyszy rozmaitej maści aktywiści domagali się rezygnacji z broni atomowej przez kraje zachodnie, m.in. Wielką Brytanię. Pożyteczni idioci, którzy – jak powiedział nieśmiertelny Lenin o kapitalistach – sprzedadzą nam sznur, na których później zostaną powieszeni. Znowu dobra Rosja sprzeciwia się imperialnym planom Stanów Zjednoczonych.

Pomijając propagandowe zamierzenie Rosjan, od razu pojawia się kwestia, czy Rosja jest zdolna dokonać modernizacji swoich sił rakietowych. Po upadku ZSRR to właśnie Wojska Rakietowe straciły najmniej, będąc symbolem dawnej potęgi minionych już czasów. Jednak lata lecą, a rakiety się starzeją. Modernizacja potencjału nuklearnego odstraszania to bardzo kosztowne przedsięwzięcie, z którym problemy ma nawet Ameryka. Tym bardziej Rosja, zwłaszcza w dobie potężnego kryzysu gospodarczego, nie będzie w stanie wprowadzić w życie swoich planów. O ile zakładamy, że takie plany są przygotowywane na poważnie, a nie są tylko myśleniem życzeniowym wyrażanym głośno przez wysokiego oficera armii rosyjskiej. Może jest to nawet żądanie do władz, aby przeznaczyły więcej pieniędzy na siły rakietowe. Trudno bowiem uznać, że wojsko i rządzący na Kremlu czekiści stanowią jedność i mówią jednym głosem.

Wreszcie pojawia się trzeci element, na który warto zwrócić uwagę. Rosjanie podpierają swoją „ofertę” skierowaną do Waszyngtonu sprzedażą (i dostawami) systemów rakietowych S-300 Iranowi. Reuters, powołując się na RIA Novosti podaje, że Rosja wypełnia właśnie zawarty wcześniej kontrakt. Jerusalem Post donosi, że Rosjanie nabrali wody w usta i odmawiają komentarza. Izrael nie jest zachwycony transakcją, gdyż S-300 bardzo utrudnia podjęcie akcji militarnej przeciwko irańskiemu programowi nuklearnemu.

W Asia Times cytowany jest doradca Pentagonu Dan Gourge: „Jeśli Teheran wejdzie w posiadanie S-300 będzie to game-changer (zmieniacz-gry w dosłownym tłumaczeniu; zmienią się warunki gry) w myśleniu wojskowym o zaatakowaniu Iranu. Jest to system, który odstrasza wszystkie zachodnie siły lotnicze„. Dlaczego S-300 ma takie znaczenie? Pozwolę sobie wkleić fragment mojego wpisu z lipca br. zatytułowanego „Rakietowe systemy obrony powietrznej„:

Zasięg S-300 wynosi do 250 kilometrów, a antyrakiety chronią zarówno przed rakietami średniego zasięgu, jak i taktycznymi oraz strategicznymi rakietami balistycznymi. Co więcej, S-300 może zwalczać także wrogie samoloty bojowe (…) Radar S-300 jest w stanie śledzić do 100 celów jednocześnie, z czego dwanaście może skutecznie zwalczać.

Rosjanie sprzedali już Iranowi system Tor-M1, a wicepremier Siergiej Iwanow z dumą ogłosił, że Rosja sprzedała w roku 2008 broń o wartości przekraczającej 8 miliardów dolarów, a rosyjska zbrojeniówka podpisała kontrakty na 33 miliardy dolarów. Warto dodać, że niektórzy postrzegają informacje o wywiązywaniu się ze zobowiązań umownych dotyczących sprzedaży Iranowi S-300 jako element presji na Izrael, aby ten sprzedał Moskwie bezzałogowe samoloty szpiegowskie. Moim zdaniem jest to uzasadnienie w połowie prawdziwie – Rosjanie pragną otrzymać nowoczesne bezzałogowce, ale po ich otrzymaniu nie zamierzają wystawić Teheranu do wiatru.

Byłoby to sprzeczne z realizowaną przez Kreml strategią, wzorowaną na czasach sowieckich, polegającej na przeszkadzaniu Waszyngtonowi wszędzie, gdzie się da. Sprzedaż S-300 Iranowi to także wstęp do sprzedaży tego systemu Syrii albo dostarczenia go na jej terytorium, w ramach zapewnienia ochrony przygotowywanej dla rosyjskich okrętów bazy na Morzu Śródziemnym w syryjskim porcie Tartus. W tej samej logice mieszczą się ostatnie eskapady rosyjskich okrętów na Karaibach.

Jeśli informacje o dostawach S-300 do Iranu się potwierdzą, jakikolwiek nalot na irańskie obiekty nuklearne będzie musiał odbyć się przed wejściem do służby rosyjskiego systemu. Amerykanie atakować nie będą, ale Izrael może dokonać go na własną rękę. Nie trzeba dodawać, że taki rozwój wypadków jest Moskwie bardzo na rękę, gdyż atak na Iran oznacza skok cen ropy, która stanowi o „być albo nie być” Federacji Rosyjskiej. Sprzedaż S-300 Iranowi to celowa prowokacja, aby utrzymać napięcie w regionie i podbić ceny surowca. A że przy okazji można zagrać Ameryce na nosie… bezcenne.