Afgański koszmar

Płoną ciężarówki i kontenery z zaopatrzeniem dla sił NATO w Afganistanie. Kolejny dzień przynosi wieści o atakach islamskich radykałów w miękkie podbrzusze sił natowskich, czyli linie zaopatrzeniowe. Talibowie urządzili sobie istne polowanie i w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin uderzyli w lotnisko oraz bazę przeładunkową znajdujące się na terytorium Pakistanu.

Leżący blisko granicy z Afganistanem Peszawar, prowincja NWFP, jest kluczowy dla powodzenia misji ISAF. Blisko 3/4 zaopatrzenia dla wojsk zachodnich jest transportowanych właśnie z Peszawaru. Skala ostatnich ataków wskazuje, że Talibowie przechodzą do kolejnej fazy walki z wojskami NATO oraz Stanów Zjednoczonych.

Właśnie pojawiły się informacje, jakoby Talibowie zwiększyli swoją obecność w Afganistanie. Są obecni na 72 procentach terytorium kraju (w ubiegłym roku było to zaledwie 54 procent). Oznacza to ni mniej ni więcej, że NATO traci grunt pod nogami i przegrywa walkę z radykałami. Wątpliwe jest, aby wysłanie dodatkowych 4-5 tysięcy amerykańskich żołnierzy na początku przyszłego roku mogło przynieść znaczącą poprawę. Żołnierzy nadal będzie za mało, ale to chyba nie jest w tej chwili kluczowa sprawa.

Zdaje się bowiem, że Amerykanie i NATO przegrali wojnę o „serca i umysły” Afgańczyków. Radio Wolna Europa informuje na swojej stronie, powołując się na dane ONZ, że tylko w tym roku zginęły przynajmniej 4 tysiące osób, z czego 1/3 stanowili cywile. Dowcipy o tym, że wkrótce wszyscy członkowie afgańskich sił zbrojnych i policji wypowiedzą posłuszeństwo marionetkowemu rządowi w Kabulu, bo ktoś z ich rodzin zginął w nalotach bądź od kul sił NATO wywołują obecnie grymas na twarzy.

Na porażkę NATO składa się jednak nie tylko zbyt mała liczba żołnierzy, a więc niemożność zapewnienia bezpieczeństwa oraz zabijanie cywilów przez siły NATO, ale także dwa inne czynniki. Pierwszy to niedostateczna ilość funduszy na rekonstrukcję (i nieudolne wydawanie tych, które są). Skala przekrętów i wysysania kasy na rekonstrukcję jest ogromna. Druga przyczyna to fatalny, skorumpowany i słaby rząd centralny. Nawet tuż po inwazji, kiedy Talibowie byli w głębokiej defensywie, władza prezydenta Karzaja i jego ministrów nie sięgała znacząco dalej, niż za rogatki Kabulu. Obecnie nawet w stolicy trudno czuć się bezpiecznie, a Talibowie przeprowadzają tam spektakularne akcje terrorystyczne.

Nie do przecenienia jest także destrukcyjny wpływ, jaki na Afganistan ma rozkładający się organizm państwowy Pakistanu. Talibowie i wszelkiej maści radykałowie oraz bojownicy znaleźli bezpieczną przystań po pakistańskiej stronie granicy z Afganistanem. Tereny te nigdy nie podlegały silnej władzy centralnej, rządziły się w dużej mierze samodzielnie, ciesząc się ogromną dozą autonomii. Od czasów inwazji sowieckiej na Afganistan obecne są tam elementy radykalne, skupione na „świętej wojnie”. Najpierw wrogiem był Związek Radziecki, teraz stali się nim Amerykanie i siły NATO.

Próby pacyfikacji pogranicza, podejmowane przez Islamabad, nie przyniosły dotąd żadnych efektów poza śmiercią kilkuset żołnierzy. Ani za rządów generała Musharrafa ani za obecnych rządów cywilnych nie ma żadnej poprawy. Islamiści są silni jak nigdy dotąd, a armia nie jest zbyt zdeterminowana, aby z nimi walczyć. Po pierwsze, pacyfikacji trudnego terenu górskiego podejmują się głównie żołnierze z równinnego Pendżabu czy prowincji Sind. Rekruci wywodzący się z górzystych terenów odmawiają walki ze swoimi współbraćmi albo nie można im do końca ufać.

Po drugie, przeróżne organizacje i grupy radykałów są ściślej bądź luźniej związane z pakistańskim wywiadem ISI. Początek współpracy sięga znów sowieckiej inwazji na Afganistan, której Pakistan się sprzeciwiał. Amerykanie wykorzystali Pakistan jako bazę wypadową dla mudżahedinów walczących z Sowietami. Do Pakistanu napływali ochotnicy z wielu państw islamskich, a finansowaniem walki z ZSRR zajmowała się głównie Arabia Saudyjska. Nie trzeba przypominać, że Rijad reprezentuje skrajny odłam sunnizmu, tzw. wahhabizm. Nic więc dziwnego, że radykałowie rośli w siłę, a po pokonaniu Sowietów przecież nie zniknęli ani nie zapadli się pod ziemię.

Skala problemów wewnętrznych i zewnętrznych wymagających rozwiązania jest przygniatająca. Nie ma możliwości zaprowadzenia porządku po pakistańskiej stronie granicy, co oznacza, że Talibowie mają niczym nie skrępowane możliwości rekrutacji i reorganizacji. Nie można zrobić porządku z rządem w Kabulu, bo przecież pozornie mamy do czynienia z demokracją, a poza tym – kim zastąpić obecnych rządzących?

Trudno sądzić także, że gwałtownie wzrośnie liczba żołnierzy NATO w Afganistanie. Bez zapewnienia bezpieczeństwa nie ma mowy o rekonstrukcji kraju i wygrywaniu serc miejscowej ludności. Trzeba też wreszcie skończyć z uprawą opium, ale należy Afgańczykom przedstawić alternatywę, która pozwoli im na utrzymanie. Wielu z nich nie uprawia przecież opium dla przyjemności, ale z przymusu i kalkulacji, że tylko opium pozwoli im zapewnić byt rodzinie. Trudno jednak walczyć z produkcją i przemytem opium, skoro bez wątpienia zamieszani w ten proceder są członkowie afgańskiego rządu…

W tej chwili NATO musi jak najszybciej zabezpieczyć swoje szlaki zaopatrzeniowe, co jest sytuacją o tyle kuriozalną, że zaopatrzenie jest absolutną podstawą obecności militarnej w obcym kraju. Tymczasem Talibowie uderzają, dość efektownie, w ten fundament, pokazując swą siłę i możliwości. Jaka będzie odpowiedź NATO? Znowu jakieś naloty, może nawet na terytorium pakistańskie, w których zginą także cywile?

Brak pomysłu, brak chęci i brak politycznej woli – to główne przyczyny leżące po stronie NATO, a właściwie jego państw członkowskich. Misja w Afganistanie zmierza ku katastrofie. Jak to będzie wyglądało, jeśli zgraja brodatych partyzantów z kałasznikowami i granatnikami RPG-7 pokona najpotężniejszy sojusz wojskowy w historii ludzkości? I, o wiele ważniejsze pytanie, czy oddając pole radykałom nie tworzymy z Afganistanu o wiele groźniejszej od Afganistanu sprzed 11 września 2001 r. bazy wypadowej dla terrorystów?