Prawie jak trzy miliony mieszkań

Prezydent-elekt Barack Obama zapowiedział w wystąpieniu w stacji radiowej, że doprowadzi do stworzenia 2,5 miliona miejsc pracy. Demokrata zamierza dokonać tego m.in. poprzez programy modernizacji infrastruktury, głównie drogowej. A ta wymaga wielkich inwestycji, o czym w czerwcu pisał The Economist. Cytowany przez brytyjską gazetę amerykański przywódca związkowy twierdzi, że każdy miliard dolarów wydany przez rząd na infrastrukturę przekłada się na 47,5 tysiąca nowych miejsc pracy. W obliczu najnowszych danych, które wskazują, że w ostatnich tygodniach pracę straciło ponad pół miliona osób, zapowiedzi Obamy nabierają dodatkowego znaczenia.

W trakcie kampanii Obama mówił o 25 miliardach dolarów, które zamierza wydać na infrastrukturę. Jeśli każdy miliard przekłada się na 47,5 tys. miejsc pracy, łatwo policzyć, że 25 miliardów pozwoli stworzyć ich blisko 1,2 miliona. Niech będzie to nawet milion czy 800 tysięcy, a sytuacja będzie wyglądać o niebo lepiej. Problem w tym, skąd Obama weźmie pieniądze na realizację swoich planów. Coraz więcej osób twierdzi bowiem, że prawdziwy koszt planu Paulsona to nie 700 miliardów dolarów, a wielokrotność tej sumy.

Zadłużenie Stanów Zjednoczonych może więc nie tylko sięgnąć 1 biliona dolarów, ale przekroczyć tą astronomiczną sumę. Aby realizować kampanijne zapowiedzi oraz ratować gospodarkę Obama będzie więc musiał powiększać deficyt albo podnosić podatki i ciąć wydatki. Pod znakiem zapytania stoją zapowiadane obniżki podatków dla 95 procent amerykańskich rodzin, które miały w zamyśle ulżyć klasie średniej.

Ambitne plany stworzenia 2,5 miliona miejsc pracy mogą rozbić się o trudną rzeczywistość i skończyć tak, jak niesławne już 3 miliony mieszkań, które miał wybudować Jarosław Kaczyński. Wielkie zapowiedzi są bardzo chwytliwe i skutecznie przyciągają wyborców, ale później bardzo trudno się je realizuje. A Obama obiecał m.in. 5 milionów nowych miejsc pracy w sektorze „zielonych technologii”, m.in. poprzez przeznaczanie na ten cel 15 miliardów dolarów przez najbliższe 10 lat. Fala entuzjazmu, która poniosła Obamę do Białego Domu może szybko przerodzić się w falę niezadowolenia, jeśli wielkie obietnice okażą się wyłącznie wyborczym pustosłowiem. Pewne jest jedno – lekko nie będzie.