Parada politycznych groupies

W środowy poranek, 5 listopada 2008 roku, wymęczona kilkunastogodzinnym dyżurem spikerka BBC News zapowiedziała wystąpienie premiera Rządu Jej Królewskiej Mości, Gordona Browna. Telewidzowie ujrzeli brytyjskiego szefa rządu – wyglądającego na równie zmęczonego, co poprzedzająca go dziennikarka – szarego, z podpuchniętymi oczami, wygłaszającego swe gratulacje dla prezydenta-elekta w sposób przypominający wypowiedź maratończyka, z trudem łapiącego oddech po ukończonym biegu.

Uderzający kontrast pomiędzy sposobem, w jaki prezentują się publiczności brytyjscy – i szerzej europejscy – politycy i dziennikarze, a ich amerykańscy koledzy, jest najbardziej rzucającą się w oczy oznaką zjawiska, opisanego między innymi przez brukselskiego korespondenta The Telegraph, Bruno Waterfielda. Pisze on, że stara, zmęczona Europa, próbując wymóc na Obamie ustanowienia nierealnego, światowego New Dealu, w rzeczywistości pragnie zagarnąć dla siebie cząstkę młodzieńczej werwy, świeżości i entuzjazmu, promieniującego w ostatnich dniach ze wszystkich zakątków Ameryki.

Skostniali europejscy politycy, mający lata radosnej młodości dawno za sobą, licytują się od ostatniego wtorku o to, kto lepiej zna Baracka Obamę, kto spotkał się z nim więcej razy, kto może nazywać się jego prawdziw(szy)ym kolegą, a nawet przyjacielem. Ustawili się w kolejce po odrobinę jego blasku, popularności i – co chyba najważniejsze – młodzieńczej energii, zachowując się – jak określił to Ned Temko z brytyjskiego Guardiana – niczym nastoletni groupies tłoczący się dookoła swego pop idola. Do Browna, Sarkozy’ego i Merkel, dołączają po kolei przywódcy innych europejskich krajów, w tym także polski premier, który ochoczo zaprosił Obamę do odwiedzenia naszego kraju. W ten ogólnoeuropejski trend idealnie wpasowali się szefowie dwóch największych partii brytyjskich, urządzając parlamentarną kłótnięo to, który z nich – Brown czy Cameron – znajduje się bliżej Obamy, jego poglądów i politycznych wartości. Na uwagę zasługuje przy tym fakt, iż – niezależnie od sporu o osobę prezydenta-elekta – obaj panowie: laburzysta i konserwatysta spierali się w istocie o to, który z nich jest bardziej lewicowy.

Gordon Brown i David Cameron

Jak jednak słusznie zauważa inny dziennikarz Guardiana, Patrick Wintour – na całe szczęście w cieniu szefów europejskich gabinetów pozostają sztaby fachowców, skupionych w większym stopniu na ciężkiej pracy, niż na telewizyjnych wystąpieniach. Spora liczba pracowników brytyjskich ministerstw – zdając sobie sprawę z faktu, iż niezbędnym w chwili obecnej działaniem, jest oddzielenie wyborczej retoryki nowego prezydenta, od jego realnych planów politycznych – zajęła się wyznaczaniem punktów, które w niedalekiej przyszłości stanowić powinny podstawę rozmów amerykańsko-brytyjskich dotyczących najistotniejszych kwestii polityki światowej.

Na pierwsze miejsce wybija się wśród nich – rzecz jasna – sytuacja na Bliskim Wschodzie, w szczególności w Iraku i w Afganistanie. Już w chwili obecnej dają się zauważyć dość spore różnice pomiędzy stanowiskiem Obamy i Browna odnośnie dalszej obecności wojskowej Brytyjczyków w tych rejonach – komentatorzy przewidują w związku z tym długie i trudne negocjacje pomiędzy USA, Zjednoczonym Królestwem, ONZ i NATO. Całą sytuację dodatkowo komplikuje fakt, iż to właśnie wojna w Iraku zdeterminowała na długie lata wzajemne stosunki pomiędzy poprzednikami obecnych przywódców: Blairem i Bushem. Negatywny odbiór anglo-amerykańskiej inwazji był jedną z głównych, choć nie jedyną, przyczyn całkowitej utraty społecznego zaufania przez brytyjskiego odnowiciela elit politycznych, startującego – po wyborach w 1997 roku – z kredytem zaufania porównywalnym do tego, jakim dziś obdarza się Obamę.

Nowo wybranego prezydenta USA Brytyjczycy od dawna już przestrzegają przed stoczeniem się po równi pochyłej w stylu Blaira. Oprócz ostrzeżeń pojawiają się także głosy doradcze, mające pomóc prezydentowi-elektowi w ustrzeżeniu się błędów, które doprowadziły do smutnego końca okres rządów brytyjskiego premiera. Jednym z ostatnich tego typu wystąpień – tym ważniejszym, że pochodzącym od bliskiego współpracownika Blaira i jednego z członków New Labour team – jest artykuł Matthew Taylora w Guardianie, w którym przestrzega on Obamę między innymi przed totalną negacją dokonań swoich poprzedników, przed dawaniem obietnic bez pokrycia oraz przed ślepym zauroczeniem siłą władzy.

Oprócz Afganistanu i Iraku pozostają do rozstrzygnięcia inne – równie ważne i skomplikowane – problemy światowego ładu ekonomiczno-politycznego. Komentatorzy wskazują na potrzebę szybkiego doprowadzenia do trwałego pokoju izraelsko-palestyńskiego, dokonania transformacji ONZ i NATO oraz – co może być największym wyzwaniem dla Obamy – konieczności zreformowania Międzynarodowego Funduszu Walutowego w taki sposób, aby kosztem zmniejszenia siły USA, dać więcej realnej władzy Chinom i Indiom. W tym punkcie młody amerykański prezydent może spotkać się ze stanowczym oporem rodzimych grup nacisku z sektora finansowo-korporacyjnego, które – rzecz jasna – bardzo niechętnie zgodzą się na zmniejszenie swoich wpływów w tej ważnej instytucji gospodarczej współczesnego świata.

Maciej Lewandowski, Szkocja