Lizbona albo śmie…ch

Przedwczorajsze media podały informację, jakoby Irlandczycy w większości popierali przyjęcie Traktatu Lizbońskiego. Tak im wychodzi z przeprowadzonego sondażu. Niestety, dociekliwy czytelnik dowiaduje się, że większość równa się 43%, a gdy do tego dodac 18% niezdecydowanych, to ta informacja wcale nie jest aż taka korzystna dla traktatoentuzjastów. Tymczasem news poszedł w eter i trzeba go jakoś proeuropejsko nazwać i dobrze sprzedać. Z informacji dowiadujemy się, że owszem, Irlandczycy zgodziliby się na przyjęcie eurotraktatu, ale pod trzema warunkami. Zagwarantowany stały komisarz w KE, zagwarantowaną neutralność oraz możliwość zachowania niezależności prawa krajowego w kwestiach rodzinnych. Każdy z tych warunków uderza w zapisy traktatowe.  Uczmy się od Irlandczyków, jak po dżentelmeńsku naciskać na Brukselę.

Obawy irlandzkie są bardzo podobne do polskich, z tym, że premier Cowen ma dużo silniejszą pozycję. Nikt nie obiecał przecież, że mieszkańcy Zielonej Wyspy przyjmą Traktat Reformujący. Polacy też chcą mieć gwarancję tego, że kwestie takie jak aborcja, eutanazja czy status małżeństw będą sprawą tylko i wyłącznie krajową. Karta Praw Podstawowych obiecuje to wyraźnie, ale pojawiają się głosy, że istnieje niebezpieczeństwo ingerencji prawnej z Brukesli. Irlandczycy mają teraz niepowtarzalną możliwość stawiania warunków i władze tego kraju byłyby nierozsądne, gdyby z takiej sposobności nie skorzystały. Imponuje mi to, że teoretycznie niekorzystną sytuację można odwrócić na swoją korzyść, a establishment europejski jest bezradny wobec siły społeczeństwa.

Co zabawniejsze, po raz kolejny to Irlandczycy pokazali nam prawidłową drogę. Niezorganizowanie referendum (moje komentarze do tego: tu i tutaj) w Polsce należy uznać za duży błąd taktyczny, bo sami siebie pozbawiliśmy mocnej karty przetargowej. Jest to ciężki grzech, nie tylko przeciwko idei demokracji, ale i z punktu widzenia Realpolitik. „Nicolas, sam rozumiesz, potrzebujemy tego, tego i tego, bo inaczej społeczeństwo wyśle traktat do kosza”. Zamiast tego Lech Kaczyński nie wynegocjował dla nas nic, a Donald Tusk mu przyklaskuje. W tej sytuacji rozsądne jest zwlekanie z podpisaniem dokumentu przez naszego prezydenta. To być może jedyna okazja do ugrania czegokolwiek w tej układance. Przykład Irlandii pokazuje, że można walczyć o więcej. TL miał wejść w życie 1 stycznia 2009, nie wiadomo, czy wejdzie przez następnymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Oznacza to problem dla Unii Europejskiej, bo wszystko może się znacznie opóźnić.

Często czytam (o zgrozo) naszych publicystów, którzy piszą, że Polska zachowuje się bezczelnie, bo żąda tego i owego. Abstrahując od głupoty tego rozumowania,  o Irlandii nikt tego nie ośmieli się powiedzieć. Zorganizowanie referendum okazało się zatem zbawienne w skutkach. Dla przykładu. Jeśli zostanie Irlandii zagwarantowany komisarz to możliwość jest tylko jedna. KE będzie liczyła 27 komisarzy, bo trudno przypuszczać, by prawo do własnego przedstawiciela w KE miała Irlandia, a np. Niemcy czy Francja już nie. Piszę o tym, bo potencjalnie istnieje taka możliwość, gdyż Traktat Reformujący zakłada zmniejszenie składu KE z 27 do 18 osób i rotacyjny system nominacji. Dlatego, jeśli UE ustapi Irlandczykom, oznaczać to będzie utrzymanie obecnego kształtu Komisji i jednocześnie zmianę zapisów traktatu. Co prawda europejscy prawnicy już mówią o tym, że taką zmianę można będzie przeprowadzić bez ponownego ratyfikowania traktatu we wszystkich krajach, ale znowu będzie to raczej antyeuropejskie wyjście, bo głównym problemem będzie znalezienie formuły prawnej, która pozwoli na jak najmniej demokratyczne uchwalenie zmiany. Idea Unii Europejskiej gdzieś zgubiła się w legendarnym labiryncie Minosa.

Cała sytuacja z Irlandią przypomina mi o tym, że głos społeczeństwa tak naprawdę jest we Wspólnocie marginalizowany. Ile razy „Europa” będzie zmuszala Irlandczyków do głosowania? Do skutku? Za przykład niech służy Szwajcaria, gdzie wynik raz przeprowadzonego referendum jest szanowany i respektowany. Dlaczego Europa unikała referendów w tej sprawie? W czyim imieniu chcą mówić europejscy politycy? Zagwarantowanie Irlandii neutralności nijak się będzie miało do rozwoju Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Można się tylko zastanawiać, ile ugra Irlandia? Jeśli niewiele, to obywatelskim obowiązkiem mieszkańców Zielonej Wyspy jest zagłosowanie przeciwko traktatowi. W ten sposób obłudny Sarkozy naucy się szacunku do demokracji bezpośredniej. U siebie bał się przecież konfrontacji.

My się możemy tylko uczyć. Mam nadzieję, że nasi politycy jeszcze nie przesiąknęli politycznym konformizmem. Jeśli para Kaczyński-Tusk gra z prezydentem Francji w złego i dobrego policjanta, to jestem z nich zadowolony. Zawsze po lesie lepiej chodzić z noktowizorem i kompasem, a nie na węch.  Obawiam się jednak, że nie są tak przenikliwi, a prezydent w końcu ulegnie. Jeśli uda się przekonać Irlandię, to prawdopodobnie traktat wejdzie w życie. Szkoda, że tylko jedno społeczeństwo miało naprawdę szansę się wypowiedzieć, bo Traktat Lizboński ma też swoje plusy, ale o tym trzeba rozmawiać.