Co zmieni Obama – polemika

Barack ObamaKiedy okazało się, że wybory w USA wygrał czarnoskóry kandydat, jasnym stało się, że o ile większość komentatorów europejskich, którzy przywiązani są do ducha liberalnego, przyjęła ten wybór z niekłamanym optymizmem, o tyle znaczna część komentatorów konserwatywnych zaczęła jasno dawać wyraz swemu niezadowoleniu. W zależności od kultury komentatora ekspresja niezadowolenia przyjmuje różne formy – od skrajnych wypowiedzi o końcu cywilizacji białego człowieka pewnego posła, aż po analizy na tyle rzeczowe, aby z nimi polemizować. Jednym z tekstów, który zwrócił moją uwagę był artykuł Co zmieni Obama? autorstwa Macieja Brachowicza z Klubu Jagiellońskiego, który ukazał się w Dzienniku Polskim 7 listopada, a potem został zamieszczony na Salonie 24. Chciałbym zająć się polemiką z tym tekstem.

Siła wiary

Zacznijmy więc po kolei. Już w pierwszych linijkach autor cytując wypowiedzi Anne Appelebaum stara się zapewne udowodnić, że część wyborców popierających Obamę zrobiła to aby odsunąć motłoch wrzeszczący »terrorysta« na dźwięk nazwiska Obamy jak najdalej od Białego Domu. Czy to dziwne? Chyba nie, skoro jasnym jest od dłuższego czasu, że cała bushowska administracja była w znacznej mierze podporządkowana ewangelikalistycznej wizji świata reprezentowanej przez najważniejszą dla Republikanów grupę wyborców, jaką stanowi religijna prawica. Te wpływy widać szczególnie wyraźnie, gdy się przeanalizuje bushowską retorykę towarzyszącą obu wojnom tej administracji – jest ona wręcz uderzająca gdy się pomyśli o polityce USA względem Izraela, objawia się w całej stanowczości gdy przypomnimy sobie jakże barwną osobowość Johna Ashcrofta.

Nawet republikański senator John Danforth stwierdzał na łamach The Washington Post, iż Republikanie zamienili naszą partię w skrzydło polityczne konserwatywnych chrześcijan. Elementy tej transformacji (…) są częściami większego planu wspólnego konserwatywnym chrześcijanom i dominującemu skrzydłu Partii Republikańskiej. (…) Problem nie dotyczy ludzi lub kościołów, które są aktywne politycznie. Dotyczy partii, która zaszła tak daleko w adoptowaniu sekciarskiego punktu widzenia, że stała się politycznym przedłużeniem ruchu religijnego. (…) Jako senator codziennie martwię się o wielkość deficytu finansów publicznych. Nie martwię się za to ani przez minutę o efekty legalizacji małżeństw gejowskich. Dzisiaj wydaje się, że wszyscy dookoła uznają to za niemodne.

Było to na dobrą sprawę tylko przypomnienie smutnej diagnozy Barry’ego Goldwatera, który w 1981 roku stwierdził, iż najpotężniejszy sojusznik, jakiego wezwać można w debacie to Jezus Chrystus, Bóg, czy Allah, czy też jak tam kto chce nazywać Istotę Najwyższą (…) Religijne frakcje tak bujnie rozwijające się ostatnio w naszym kraju używają wiary jak obucha, bez krztyny rozsądku. Ci ludzie usiłują zmusić przywódców państwa, by w stu procentach podporządkowali się ich żądaniom. Jeśli ktoś nie zgadza się z którąś z tych religijnych grup w jakiejś szczegółowej kwestii moralnej, oni protestują, grożą zablokowaniem dotacji na fundusz wyborczy albo odmową głosu w wyborach (albo obiema rzeczami naraz). Powiem otwarcie – czuje się chory i zmęczony, patrząc na tych politycznych kaznodziejów, którzy, jak Ameryka długa i szeroka, próbują mi wpierać, że jako obywatel tego kraju, jeśli chcę być uznany za osobę moralną, muszę wierzyć, że A, B, C i D (…) Jeszcze większą wściekłość wzbudzają ci ludzie we mnie jako członku władz ustawodawczych Stanów Zjednoczonych, który nieustannie musi znosić groźby licznych religijnych grupek, z których każda zachowuje się tak, jakby sam Bóg osobiście upoważnił ją do kontrolowania każdego mojego głosu i wystąpienia w Senacie. Ostrzegam zatem dzisiaj tych ludzi – będę walczył z nimi bez najmniejszej litości, jeśli nadal będą próbowali w imię konserwatyzmu narzucać swoje poglądy wszystkim Amerykanom.

Ewangelicy - kampania prezydencka w 2004 rokuCzy dziwić może zatem, że ta narastająca od lat presja środowisk religijnych, drażniąca nawet dla części Republikanów, w końcu zdołała na tyle rozsierdzić Amerykanów, że postanowili z nią skończyć? Mnie to nie dziwi. Co innego religijność – która w USA ma się świetnie – a co innego zaangażowanie religii w politykę. Tego Amerykanie nie lubią – pierwszy raz dali temu wyraz formułując jeffersonowski mur konstytucyjnie rozdzielający religię od polityki na mocy pierwszej poprawki. Wybór Obamy gwarantuje zatem zmianę po pierwsze dlatego, że Obama nie będzie zakładnikiem żadnego ruchu religijnego. Więcej nawet – sposób finansowania jego kampanii gwarantuje mu z miejsca sporą niezależność od wielkich firm i instytucji jak również od większości tradycyjnych grup lobbingowych. Jest to zmiana niewątpliwa, zwłaszcza, że niemal na pewno towarzyszyć jej będzie wzrost nacisku na wszelkie akcje zmierzające do rozszerzania reprezentacji we władzach grup do tej pory niedoreprezentowanych, czyli przede wszystkim Czarnych, Latynosów i kobiet.

W dalszej części autor stwierdza (chyba z nutką żalu), że przeszłość Obamy nie stała się głównym tematem kampanii prezydenckiej. Jakież to polskie, wypadałoby zakrzyknąć! Toć przecież ci biedni Amerykanie nie skoncentrowali kampanii na tym aby grzebać się w rodzinie Obamy do dziesiątego pokolenia nazad, ani nie przywiązali najmniejszej wagi do tego z kim Obama kolegował się lat temu kilkadziesiąt, gdy był na studiach. O nie! Oni zamiast tego starali się dyskutować wyłącznie o polityce zagranicznej, wojnach, kryzysie ekonomicznym i paliwowym. Autor cytując Charlesa Krauthammera sugeruje, że Obama nie mógł się nie ubrudzić pływając w jednym bagienku wraz z choćby Billem Ayersem tylko, że do głowy mu już chyba nie przyszło, iż Obama może być człowiekiem znacznie bardziej otwartym światopoglądowo niż większość mu współczesnych, bo czy nie o tym właśnie świadczy posiadanie szerokich kontaktów w różnych środowiskach? Sam wiem jak dziwne wrażenie ma część ludzi gdy mówię im wprost, że nie skreślam nikogo za przekonania i jestem w stanie dogadać się zarówno z ultraprawicowcem jak i z rewolucyjnym lewakiem. Rzecz w tym, że bardzo często poglądy można śmiało zawiesić na kołku. Czepianie się kolegów Obamy i jego pastora jasno świadczy o tym, że on sam jest zbyt trudny do zaatakowania, oczywiście gdy pominie się zupełnie absurdalne oskarżenia o bycie lewakiem lub muzułmaninem. Więcej nawet – czytelnikom pod osąd własny zostawiam kwestię wiarygodności tekstu, który wytykając Obamie sprawę pastora Wrighta słowem nie wspomina o mccainowskim pastorze Hagee.

Jako, że jesteśmy już przy temacie religii Obamy wypada zastanowić się nad tym, że Republikanie bardzo mocno starali się akcentować, iż Obama dzieckiem będąc uczęszczał do muzułmańskiej szkoły i był praktykującym wyznawcą Proroka. Autor słusznie stwierdza iż jest to bez znaczenia i że gdyby przy tym pozostał nie byłoby z czym polemizować. W swych dywagacjach Maciej Brachowicz z powodów zupełnie dla mnie niezrozumiałych sugeruje iż odstępstwo Obamy od wiary może wzmagać zagrożenie terrorystyczne dla prezydenta elekta. Po pierwsze warto wiedzieć iż bliskowschodnie ugrupowania terrorystyczne nie mają absolutnie nic wspólnego z islamem indonezyjskim. Jeśli autor miał zamiar powiązać oba islamy to świadczy to dobitnie, że o złożoności doktryn tej religii nie ma bladego pojęcia. Dla porządku powiem iż zasadniczo indonezyjski islam jest w oczach np. afgańskich talibów takim samym odstępstwem od wiary jak każda wiara która nie jest ich własną. Jeśli z drugiej strony stara się Pan Brachowicz sugerować iż ugrupowania indonezyjskie miałyby jakikolwiek żywotny interes w tak spektakularnym pozbyciu się Obamy to wypada zapytać o dwie kwestie. Po pierwsze, jaki miałyby w tym interes? Po drugie czy ich wpływy w USA są większe niż np. białych prawicowych radykałów wściekłych na to, że kolejnym prezydentem jest Czarny? Jest to pytanie retoryczne, które dobrze obrazuje poziom bujania w obłokach jaki reprezentuje sobą nawet dość sensowna skądinąd i zgrabnie sformułowana wymierzona w Obamę krytyka Macieja Brachowicza.

Jak JFK

Przejdźmy teraz do kwestii doświadczenia w jakiej tak lubują się krytycy Obamy. Rację niewątpliwie mają ci, którzy wskazują, że nie ma on doświadczenia w sprawowaniu władzy wykonawczej. Pytanie brzmi – czy miał je prezydent Kennedy gdy wygrywał wybory w roku 1960? Znów retorycznie. Mimo tego to JFK jest tym prezydentem, którego w USA do dziś wspomina się z niesłabnącą estymą i mimo wielu potknięć udało mu się przetrwać kryzys kubański zapobiegając przy okazji wybuchowi kolejnej wojny światowej. Swoją drogą raczej trudno wyobrazić sobie, aby Obama miał zmierzyć się z podobnymi problemami w polityce zagranicznej.

Jeśli chodzi o błędy polegające na określeniu terminu wyjścia z Iraku i gotowość do rozmów z Iranem to oba te błędy Ameryki nie stać na nową wojnę z Iranem. Trudno chyba z tym komukolwiek polemizować. Ameryka musi też wycofać się z Iraku gdyż pozostawanie tam w dalszym ciągu niczego raczej nie ma szans zmienić. Czy półtorej roku (bo tyle Obama zadeklarował) to rzeczywiście przedwczesne ogłoszenie terminu? Raczej nie. Musimy sobie uświadomić, że Amerykę czeka operacja na ogromną skalę, do której przygotowań i tak by nie można było ukryć. są w rzeczy samej przejawem dość solidnej dawki realizmu, jaką Obama posiada.

John F. Kennedy - autor portretu Bernard Safran (1960)Oznacza to wprost, że teza Kissingera jest równie prawdziwa co nieweryfikowalna. Im bliżej będzie do wycofania tym bardziej zwarte będą siły bojówkarzy i tym więcej będzie prób ataków na Amerykanów – tak będzie niezależnie od tego co zadeklarował Obama. W rezultacie Kissinger, a za nim inni, powiedzieć będzie mógł tryumfalnie, że znów miał rację – konia z rzędem temu, kto udowodni, że bojówkarze by się nie konsolidowali gdyby Obama ogłosił termin wycofania za powiedzmy rok. O specyfice działań w Iraku decyduje miejscowa sytuacja i stosunek sił (czyli realizm w najbardziej klasycznym sensie), nie zaś poglądy kogokolwiek w Waszyngtonie.

Przechodząc do argumentów dotyczące sprzecznych z amerykańską racją stanu działań Joe Bidena to wypada po pierwsze załamać ręce nad naiwnością niektórych komentatorów posługujących się takimi pojęciami-kameleonami jak racja stanu, których definiowanie zależy zawsze od punktu siedzenia, po drugie zaś trzeba by było zastanowić się w znacznie szerszej polemice czy rzeczywiście np. zbrojenia reaganowskie były faktycznie rzeczą pozytywną? Oczywiście prawicowi komentatorzy traktujący Reagana ze czcią ocierającą się wręcz o religię będą bronić jego posunięć do grobowej deski, jednak nikt jeszcze w przekonujący sposób nie udowodnił, że zbrojenia owe miały większy wpływ na upadek ZSRR niż np. przegrana radziecka w Afganistanie i wiele innych działających jednocześnie czynników.

Wypada w tym momencie zapytać co zatem jest amerykańską racją stanu? Na pewno nie jest nią utrzymywanie obecnego bezwładu, który prowadzi donikąd. Co więcej – widać pewną niekonsekwencję w zarzucie pod adresem Bidena dotyczącym jego poparcia dla zwiększenia amerykańskiego kontyngentu w Iraku w 2006 roku. Więc jak to w końcu jest? Obama chce wycofywać – źle. Biden był za wzmocnieniem sił – źle.

Kolejna kwstia: obawy dotyczące możliwych cięć w budżecie Pentagonu, których boi się część komentatorów. Odsyłam ich do zapoznania się ze światową strukturą wydatków zbrojeniowych. Aby zacytować choćby SIPRI Yearbook 2006 USA wydawały wtedy 478,2 mld USD tj. 1604 USD per capita, zatem przy posiadaniu 5% populacji świata wydawały 48% łącznych globalnych wydatków zbrojeniowych. Dla porównania Chiny, w których wielu doszukuje się kolejnego kandydata do przejęcia pozycji hegemona, w tym samym czasie wydawały 41 mld USD (188,4 mld USD przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej i po oszacowaniu ukrytej części budżetu) tj. 31,2 USD per capita, zatem wydawały 4% światowych wydatków przy populacji liczącej 20% ludności świata.

USA mają najbardziej bezsensownie napompowany budżet wojskowy na świecie i odchudzenie go ani nie zagrozi pozycji USA na świecie ani nie doprowadzi do zmiany na pozycji lidera, co skutecznie w dłuższej perspektywie może zrobić dopiero kryzys ekonomiczny. Wprowadzenie kolejnych programów społecznych kosztem wydatków na wojsko może się nie podobać tylko tym, którzy dalej postrzegają świat w ciasnych kategoriach zimnowojennych. Faktem jest, że USA mają teraz na własnym podwórku na tyle dużo do zrobienia, że wyrzucanie miliardów na kolejne kosztowne wojny jest nie do pomyślenia. Pojawia się pytanie – po co pompować pieniądze w bezrobotną armię?

Realpolitik?

W tym momencie przychodzi czas na podsumowanie kolejnej części tekstu Macieja Brachowicza, nazwanej dość karkołomnie Siła realpolitik, co jest równie poprawne jak  masło maślane. Autor stawia tezę mniej więcej słuszną stwierdzając iż interesy Ameryki są stałe. Z tym zgodzić się można, zastanowić natomiast należy się nad tym, czy sposoby realizacji tych interesów także są stałe. Raczej nie. Gdy porówna się cele i metody ich realizacji wprowadzane w życie przez kolejne administracje to między np. Carterem i Reaganem nie znajdziemy szczególnie wielkich podobieństw, choć nie ulega wątpliwości, że w czasie zimnej wojny interesy amerykańskie można było jeszcze silniej zdefiniować jako niezmienne.

Autor słusznie zwraca uwagę, że to za Clintona zaczęło się powolne psucie stosunków transatlantyckich, kosowska awantura z roku 1999 miała w tym udział niemały, zwłaszcza, że obnażyła w stopniu niesamowitym europejską bezsilność z jednej strony, a absurdalność amerykańskiej doktryny wojskowej z drugiej.To wszystko prawda, jednak nie należy zestawiać słów Sekretarz Stanu mówiącej o USA jako o niezbędnym kraju z np. słowami George’a W. Busha wypowiedzianymi kilka dni po 11 września 2001 roku: Może być i tak, że w jakimś momencie zostaniemy sami. Dla mnie nie ma sprawy, jesteśmy Ameryką. Nie dało się jaśniej sformułować unilateralizmu w kilku słowach, skojarzenie z Włodzimierzem  Leninem też jest tu jak najbardziej na miejscu, na co wtedy wielu komentatorów zwróciło uwagę.

I tu autor używa kolejnego słowa którego znaczenie jest workiem bez dna, a mianowicie neokonserwatyzm. Tony papieru już zapisano starając się napiętnować tę bestię z tej lub innej strony, jednak neokonserwatyzm na dobrą sprawę jest tworem tak różnorodnym jak tworzący go ludzie i choć może to niektórych dziwić, sprawy międzynarodowe w działaniach neokonserwatystów naprawdę nie zajmują koronnego miejsca. Na dobrą sprawę, gdy się przeanalizuje kim są najważniejsi decydenci okołoprezydenccy i sam prezydent Bush, to okaże się, że neokonserwatystów tam nie znajdziemy. Większość z nich to akademicy, a nie politycy. Owszem, część z nich akcentuje unilateralizm (jednak nie tak mocno jak np. paleokonserwatyści) oraz popiera wojnę prewencyjną, jednak nie są to ludzie z natury wrogo nastawieni do międzynarodowej współpracy jako takiej. Ich założenia akcentują rolę USA jako mocarstwa, które ma przewodzić światu i budować ład światowy (w tym instytucje międzynarodowej współpracy) na swoich zasadach.

Satyra na neokonserwatyzm

Czy jest to niesłuszne? Osobiście wolę żyć w rzeczywistości międzynarodowej w której hegemonem są Stany Zjednoczone, a nie np. Chiny, jednak to co reprezentowała sobą bushowska administracja daleko się miało do realizacji wizji neokonserwatywnej choćby dlatego że administracja ta działała wybiórczo i niekonsekwentnie. Mówiąc wprost: gdyby w Białym Domu rzeczywiście siedzieli neokonserwatyści to dziś mielibyśmy otwarte jeszcze dwa fronty walki o demokrację w Iranie i Korei Północnej. Mnie nie mierzi cel, lecz metody obecnej amerykańskiej administracji. Nie można wprowadzać demokracji na bagnetach ani liczyć na to, że ludzie w ten sposób potraktowani okupantów przyjmą jak wybawicieli. Najdziwniejsze w tym  wszystkim jest to, że cała akcja zrodziła się w głowach Południowców, wśród których ciągle żywy jest bardzo często duch Konfederacji. Czyżby już zapomnieli rajd generała Shermana, skoro tych samych metod używają do pacyfikacji Iraku?

Jedno jest pewne, Obama przynosi zmianę, zmianę metody. Czas najwyższy. Jego żądania wobec europejskich sojuszników, jak to Pan Brachowicz nazywa, to nic innego jak właśnie międzynarodowa współpraca, której za czasów Busha juniora tak bardzo brakowało. W praktyce Ameryka nie może żądać, może prosić i za pomocą dyplomacji starać się skłonić europejskich sojuszników do owocniejszej współpracy, a europejscy sojusznicy, którym bardzo zależy na partnerstwie, najpewniej na zwiększenie zaangażowania się zgodzą. Nie zapominajmy, że to co najbardziej Europie przeszkadzało w angażowaniu się np. w Iraku to fakt, że była to prywatna amerykańska awantura realizowana bez mandatu ONZ i przy pogwałceniu rezolucji 1441.

Europę wiąże ze Stanami Zjednoczonymi znacznie więcej niż się na pozór wydaje i to właśnie dlatego, że po obu stronach Atlantyku wierzy się w podobne ideały. Prezydentura Obamy może przynieść na dodatek uzgodnienie metod. Będzie to tym łatwiejsze, że zbiega się w czasie z kryzysem ekonomicznym, który wzajemne dostrajanie i tak wymusi. Tak się składa, że zdecydowana większość krajów wysoko rozwiniętych to kraje bezpośrednio mające związki albo z USA albo z Europą, zatem te dwa ośrodki są naturalnymi osiami, których dostrojenie jest teraz niezbędne, wzajemne upodobania nie będą tu miały szczególnego znaczenia gdyż są zbieżne, a politykę współpracy sytuacja zwyczajnie wymusza.

Zmiany, zmiany, zmiany…

Nadszedł czas, aby zająć się kwestią zmian klimatycznych i podejściem Baracka Obamy do tych kwestii. Maciej Brachowicz stwierdza słusznie, że Obama będzie bardziej skłonny do współpracy z Europą również w dziedzinie dotyczącej tych zagadnień, jednocześnie stawia postulat, że bez Chin protokół z Kioto nie ma sensu. Oczywiście protokół bez Chin ma sens mniejszy niż z chińskim udziałem, jednak skreślanie go przypomina trochę sytuację rozbitka w dziurawej łodzi. Może on zatkać przeciek ręką, przez co stróżka wody dalej będzie wlewać się do łodzi, ale nie będzie to już strumień, albo w samozadowoleniu może nie robić nic i pozwolić swojej łódce zatonąć. Znów pytanie retoryczne – co rozsądek podpowiada w takiej sytuacji czynić?

Podobne pytanie zadać można w kwestii wątpliwości co do natury samych zmian klimatycznych. Faktem jest, że teorie akcentujące rolę człowieka w zmianach klimatycznych są tylko pewną opcją. Faktem kolejnym jest to, że teorii przeciwnych, mówiących o tym, że środowisko zmienia się cyklicznie też nie sposób udowodnić. Co nam zatem pozostaje? Zasadniczo znaleźliśmy się w sytuacji, w której paliwa kopalne tak czy owak za lat najwyżej kilkanaście zostaną wyczerpane, co zwyczajnie wymusi przestawienie się na nowe technologie energooszczędne i ekologiczne. Co więcej wiele wskazuje na to, że przynajmniej część efektu cieplarnianego jest winą człowieka. Rozsądek podpowiada, że czekanie na 100%-owe potwierdzenie tej tezy z założonymi rękami jest bezprzedmiotowe gdyż najpóźniej za kilkanaście sytuacja i tak nastąpi przestawienie. Co więcej – jeśli zawczasu do tej zmiany nie dojdzie to będziemy mieć do czynienia z ogólnoświatowym kryzysem na skalę dotychczas nieznaną – łatwo wyobrazić sobie ogólnoplanetarny szok gdyby surowce się wyczerpały, co  wywindowałoby ich ceny do zupełnie kosmicznego poziomu.

Skrajną nieodpowiedzialnością byłoby zignorowanie zjawiska, jak to zawzięcie czyni część aktywistów prawicowych. Intryguje fakt, że ci sami aktywiści bez chwili wahania chcą topić ogromne środki np. w przeciwdziałanie terroryzmowi. Zapytać wypada jakie jest realne zagrożenie terroryzmem? Nijakie. Największe zamachy doprowadziły do śmierci kilku tysięcy ludzi, przeciętnie w zamachu (udanym – nieudanych nie wliczam) ginie ledwo kilka osób, spektakularne zamachy przynoszące po kilkaset ofiar zdarzają się średnio co lat kilka. Namiastkę tego, co przynieść mogą zmiany klimatyczne już się obserwuje. Wystarczy zobaczyć ile setek ofiar pochłaniają co roku anomalie pogodowe, jak mocno ucierpiał sam Nowy Orlean kilka lat temu. Ameryki nie stać na powtórkę tej sytuacji, choć najpewniej Obama w przeciwieństwie do Busha potrafiłby w takiej sytuacji działać odrobinę sprawniej. Dlaczego? Może dlatego, że trudno wyobrazić sobie większy przykład bushowskiej nieudolności w dziedzinie polityki wewnętrznej.

Przyszedł czas na programy aborcyjne ONZ, które Obama najpewniej zacznie wspierać. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że kiedy zawiesi się na kołku judeochrześcijańskie różowe okulary o chodzeniu i rozmnażaniu się (Rdz 1,28) wyjdzie na jaw obraz przerażający. Najwyższy wzrost populacji notują kraje najbiedniejsze, co za tym idzie, nawet gdy te kraje notują jakikolwiek wzrost gospodarczy to natychmiast jest on konsumowany przez coraz większe rzesze ludzi. Tworzy to spiralę ubóstwa, a w konsekwencji doprowadza do tego, że kolejne klęski głodu wybijają z powodzeniem kolejne miliony ludzi. Resztę robią choroby, wojny i inne czynniki. Można sarkać, iż to nie po bożemu inwestować w ograniczanie przyrostu ludnościowego na świecie, tylko czy to ludzkie obserwować ofiary tych tragedii, których można było uniknąć?

Działacze pro life w swojej hipokryzji co i rusz wzbijają się do granic absurdu z tej prostej przyczyny, że angażując się całym sercem w obronę nienarodzonych całkowicie ignorują ludzi i ich potrzeby gdy ci już się urodzili. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że według sondażu Gallupa z 2003 roku aż 99% (sic!) osób o przekonaniach antyaborcyjnych w USA jest za stosowaniem kary śmierci?

To co robią od wielu lat UNFPA i WHO w dziedzinie zastopowania wzrostu populacji to w małym stopniu działania aborcyjne. Na dobrą sprawę działania tych organizacji po pierwsze stawiają na propagowanie antykoncepcji, a jeśli promują aborcję to walczą o to, aby zabiegi były wykonywane w sposób cywilizowany, a nie tak jak to ma miejsce w Polsce za pomocą różnych wyszukanych metod ludowych (stosowane są zioła, leki na wrzody, środki czyszczące do toalet, wieszaki…) i często przez ludzi bez kwalifikacji. No ale kogóż z religijnych działaczy obchodzi ktoś tak nisko postawiony w hierarchii społecznej jak kobieta? Wszak rzekł św. Paweł Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też przewodzić nad mężem, lecz chcę, by trwała w cichości. Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci. Amen?

Polityka globalna

Czas teraz na część Zwycięstwo Ameryki i Europy? Jak słusznie zauważa autor po obu stronach Atlantyku trwa euforia po zwycięstwie Obamy. Już sam ten fakt mówi wyraźnie o jednym – ta wielka kałuża, która rozciąga się między nami a USA , nie dzieli nas aż tak bardzo i mało jest rzeczy, które mogłyby Europę do USA zbliżyć bardziej niż zwycięstwo Obamy. Oto jest sens zmiany której Maciej Brachowicz tak usilnie szuka. Zmiana nie będzie polegać tylko i wyłącznie na zmianie retoryki, choć fakt, ta bushowska była tak zła, że jasnym było iż niezależnie od wyniku głosowania i tak po wyborach zmieni się na lepsze. Zmiana polegać będzie na odbudowaniu wizerunku USA na świecie. Kiedyś po czasach Wietnamu zrobił to Carter, teraz czas na Obamę. Sądząc po skali wieców, jakie towarzyszyły podróży kampanijnej Obamy po Europie, Europejczycy wiedzą, że wybiła ich godzina i widzą wyraźnie gdzie leży zmiana o której tyle Obama mówi.

Jako, że autor znów wraca w tym miejscu do zagadnień strategicznych, ja również się o to pokuszę i zapytam wprost – czym jest NATO? Pytanie jest retoryczne – to Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego. Czy jest możliwa organizacja składająca się z jednego członka? Odpowiedź jest dość jednoznaczna. Oczywiście siłą NATO zależy głównie od USA, jednak kolejne strategie sojuszu nie były jednorodne, różniły się założeniami, w Europie zaś od dawna mówi się o planowanej rozbudowie jej wspólnej zdolności obronnej. Do tej pory USA starały się często grać tutaj przeciwko europejskim dążeniom w tej dziedzinie gdyż zdawały sobie sprawę, że będzie to oznaczało coraz większe uniezależnianie się Europy od dominacji wojskowej USA.

W tej chwili, gdy Obama zaczyna mówić wprost, iż będzie chciał od Europy większego zaangażowania, te marzenia wreszcie napotykają dogodny ich realizacji klimat. Wzmocni to NATO zwiększając jego potencjał, rozwinie to Europę, która obecnie dysponuje nieproporcjonalnie małą siłą zdolną do działań daleko poza swymi granicami. Trudno w tej sytuacji dziwić się, że Europa cieszy się ze zwycięstwa Obamy. Jest to dla Europy szansa na wybicie się w sferze wojskowej przynajmniej do rangi partnera z którego zdaniem poważnie trzeba się liczyć.

Pojawia się w tym miejscu kwestia Rosji i wypada zadać sobie kolejne pytanie – czy Rosja w obecnym układzie sił na świecie jest liczącym się supermocarstwem z perspektywami na rozwój? Nie. Dlaczego? Ponieważ ma mocno przestarzałą monokulturową gospodarkę bazującą na koniunkturze na surowce energetyczne. Ponieważ ma przestarzałą armię i przemysł zbrojeniowy, a jej siły strategiczne są na tyle małe, że zupełnie nieporównywalne z amerykańskimi. Ponieważ ma wymierającą populację kurczącą się w takim tempie, że zasadne staje się pytanie jak będzie wyglądała mapa polityczna świata za pół wieku. Rosja ma pewien potencjał, zwłaszcza, że wreszcie doczekała się silnych rządów, jednak przyglądając się jej nerwowym działaniom trudno nie odnieść wrażenia, że są one w dużej części efektem strachu wynikającego z poważnej troski o zachowanie jedności terytorialnej.

Doczekaliśmy sytuacji, gdy mówiąc o mocarstwach, można na serio postulować, iż kiedyś prawdziwym nowym biegunem świata staną się Chiny lub Indie, ale w żadnym razie nie będzie to Rosja. Czy zatem trzeba być wobec Rosji spolegliwym? Nie. Właściwą polityką powinno być czekanie. Coś w czym Chiny specjalizują się od tysiącleci. Co więcej, trzeba zadać sobie pytanie – w jaki najlepszy możliwy sposób można ograniczyć potencjał Rosji nie narażając się jednocześnie na jej odwet w akcie desperacji? Przez ekologię oczywiście. Redukcja emisji dwutlenku węgla wymusi redukcję zużycia paliw kopalnych z których Rosja żyje. Oczywiście może ona sprzedać swe zasoby Chinom i pewnie tak zrobi, jednak pamiętajmy, że podkarmianie Chin w tym układzie sił przypomina trochę pasienie smoka dziewicami – im więcej ich zje tym staje się potężniejszy i tym trudniej będzie Rosji żyć koło niego.

Co z tą Polską?

Jako, że Polska jest małym europejskim krajem, leżącym tuż obok Rosji, wypada  powiedzieć o niej kilka słów. Na początek wypada zdać sobie sprawę z realnego znaczenia Polski tak w Europie (czy szerzej – w Eurazji) i na świecie. Zawieszając na kołku historyczne wspominki o wielkiej Polsce niestety stajemy przed dość przygnębiającą rzeczywistością, jednak zacznijmy od aspektów pozytywnych. Polska jest krajem wysoko rozwiniętym, należy do NATO i UE, mieni się przyjacielem Ameryki i ma spore ambicje stać się regionalnym liderem.

A teraz minusy – jesteśmy państwem nieporównywalnie mniejszym i od USA i od Rosji, podobnie zresztą jak wszystkie inne kraje europejskie. Mamy niewielki potencjał gospodarczy i przestarzały przemysł – nawet porównywanie się z Niemcami jest w tym kontekście nie na miejscu. Mimo, że próbowaliśmy różnych wersji prowadzenia polityki względem USA niewiele udało się nam zyskać. Nasze gwarancje bezpieczeństwa nie są lepsze niż innych krajów należących do NATO, a artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego jest dość jasno sformułowany, stąd trudno nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji jego formuły. Zasadniczo pozycja Polski na świecie jest nijaka. Bywamy zauważani tylko wtedy, gdy wybucha jakiś skandal, ktoś dostaje Nobla albo dzieje się coś równie spektakularnego.

Dla USA jesteśmy jednym z krajów UE i to niespecjalnie ważnym, a to z tej prostej przyczyny, że nie mamy pojęcia jak negocjować z Amerykanami. Amerykański styl negocjacji to styl biznesowy gdzie trzeba mocno walczyć o swoje interesy i jasno stawiać swoje stanowisko. Przyjemnie było zobaczyć pewną pozytywną zmianę w stylu negocjacyjnym gdy rząd Donalda Tuska brał na warsztat sprawę tarczy antyrakietowej. Ogólnie dla USA nie jesteśmy liczącym się partnerem i nigdy nie byliśmy. Ważnym graczem na arenie światowej – również w relacjach z Rosją – możemy stać się tylko jako część większej całości, jaką jest Unia Europejska, w ramach której, o czym też lubimy zapominać, jesteśmy krajem równorzędnym ze wszystkimi innymi. Nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy rzecznikiem innych państw z naszej części Europy. Akcentowanie tego wydumanego przewodnictwa co i rusz kosztowało nas sporo w relacjach tak z sąsiadami jak i np. z Węgrami.

Co w tej sytuacji oznacza dla Polski wybór Obamy? Bardzo wiele. Po pierwsze Obama stawiając na multilateralizm i dostrzegając polskie zaangażowanie tak w Iraku jak i w Afganistanie powinien dążyć do większego zacieśnienia współpracy z Polską, o ile oczywiście znów się do reszty w oczach amerykańskich dyplomatów nie sfrajerzymy dając wszystko za nic albo wychodząc na niesolidnego partnera. Zasługa ostatnich wpadek prezydenckich ministrów  pokazuje dokładnie czego robić absolutnie nie należy. Akcentowanie faktu, że Obama tak niewiele czasu znalazł dla polskich notabli na kilometr pachnie czepianiem się na siłę. Bo i cóż to znaczy, że Obama nie znalazł dla nas wiele czasu? Była kampania, a ona nie toczyła się w Polsce tylko w USA i sprawy kampanijne były dla Obamy na pierwszym miejscu, nie mówiąc już o tym prostym fakcie, że jego kampania była dużo intensywniejsza niż McCaina który czas znalazł.

Nieśmiało pragnę w tym miejscu również powiedzieć to co wielu powtarzało przede mną – co z tego, że McCain nam obiecał, że będzie walczył o wizy? Nic, bo nawet gdyby wygrał, decydowanie o polityce wizowej nie leży w prezydenckich kompetencjach. Obama przynajmniej nie proponował nam takiej taniej wyborczej kiełbasy.

Komunistyczne zagrożenie

Czas teraz na soczysty cytat z Macieja Brachowicza: Istnieją dwa ważniejsze powody, dla których Polacy nie mają racjonalnych powodów do zadowolenia ze zwycięstwa Obamy. Po pierwsze prawdą jest, że ze względu na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa amerykańskim oddziałom w Iraku i Afganistanie pomiędzy Obamą a McCainem nie byłoby zapewne zasadniczej różnicy w reakcji na ewentualne agresywne zachowania Rosji wobec naszego kraju, ale to McCain ma wspólne z nami doświadczenie zagrożenia komunizmem.

Szczerze przyznam, że zdanie to przeczytałem trzy razy przecierając oczy ze zdumienia za każdym razem coraz bardziej. Zagrożenie komunizmem? Czyżby autor przespał ostatnie lat kilkanaście twardym snem zimowym? Zimna wojna się skończyła, mur berliński legł w gruzach. Jedyne państwa które obecnie można nazwać komunistycznymi to Korea Północna i Kuba i jakoś trudno mi wyobrazić sobie znaczące interesy Polski w którymkolwiek z wyżej wymienionych państw.

Autor w dalszych rozważaniach stwierdza, iż wspólne z nami doświadczenie zagrożenia komunizmem miałoby rzekomo pomagać McCainowi w rozszerzaniu NATO o Gruzję i Ukrainę. Bardzo pięknie teoretycznie to wygląda, jednak Maciej Brachowicz zdaje się zapominać o tym, że Ukraina w swej polityce stosuje cały czas system wahadłowy – raz odbija na Zachód, innym razem na Wschód, wygrywając w ten sposób wzajemne nieporozumienia. Na dodatek Ukraina ma szczęście mieć w swych granicach 17% rosyjską mniejszość – bagatela 8,3 mln ludzi, według danych za rok 2001. Już ten jeden czynnik wystarczy aby ostudzić zapał każdego amerykańskiego prezydenta przed dążeniem do włączenia Ukrainy w struktury NATO, nie mówiąc o perturbacjach jakie by to dla Ukrainy wywołało np. jeśli chodzi o dostawy surowców strategicznych.

Co zatem z Gruzją? Pojawia się pytanie – jaka jest realna siła militarna Gruzji i co  mogłaby ona wnieść do potencjału obronnego NATO? Znów jest to pytanie retoryczne. Pomijając całą sympatię jaką mam dla Gruzji zdaję sobie sprawę, że wiele wskazuje na to, że w ostatniej awanturze to Gruzja mogła być agresorem, co więcej jej pozycja mogłaby powodować konieczność angażowania się NATO w konflikt z Rosją, a tego nikt przy zdrowych zmysłach nie chce. Więcej nawet – gdyby przyjąć Gruzję do Paktu Północnoatlantyckiego oznaczałoby to otwarcie się sojuszu na Kaukaz (gdzie tu nawet ślad Atlantyku?), a to by rozsierdziło nie tylko Rosję ale i wszystkie wielkie państwa azjatyckie, no bo skoro Gruzja to kto następny? Pakistan? A dlaczego nie?

Warto mieć na uwadze także bardzo zaniepokojone chińskie głosy jakie towarzyszyły chociażby operacji kosowskiej w roku 1999 i to jeszcze zanim Amerykanie omyłkowo zbombardowali chińską ambasadę. Powód zaniepokojenia był oczywisty – Kosowo trudno uznać było za statutową strefę działań NATO. Z tej prostej przyczyny sam pomysł włączenia Gruzji do sojuszu uznać należy za absurdalny i oderwany całkowicie od rzeczywistości.

Czy opłaca się umierać za Waszyngton?

Dotarliśmy wreszcie do ostatniej kwestii, tarczy antyrakietowej. Oczywiście Maciej Brachowicz słowem nie wspomina o tym, że owa tarcza jest najbardziej chyba niedorzecznym pomysłem z jakim udało się wyskoczyć bushowskiej administracji. Dlaczego? Ano dlatego, że czy tego chcemy czy nie obecna równowaga geostrategiczna opiera się głównie na tym, że każda ze stron posiadających broń masowego rażenia jest potencjalnie w stanie ugodzić każdego przeciwnika na tyle boleśnie aby ten, nawet jeśli w podobnej broni ma przewagę, nie zdecydował się na jej użycie.

Co w tej sytuacji zmienia tarcza? Wszystko, gdyż stawiałaby ona USA ponad tym prawem, a jako, że mówimy o kraju dysponującym największym na świecie atomowym potencjałem to jasnym jest, że tarcza miałaby w rezultacie doprowadzić do możliwości operowania dotychczas zamrożonym ofensywnym potencjałem atomowym. Pozwolę sobie przypomnieć, że USA są jak na razie jedynym w historii krajem, który użył bojowo broni atomowej. Zbudowanie skutecznej tarczy oznaczałoby w praktyce wycofanie nas do sytuacji rodem z czasów Hiroszimy i Nagasaki gdzie USA mogłyby uderzyć i nie bać się odpowiedzi.

Rozprawianie o potrzebie budowy tarczy w obawie przed atakiem państw bandyckich to tylko zasłona dymna. Te państwa nie dysponują na tyle dużym potencjałem, aby zdecydowały się go użyć. Broń atomowa służy im do zapewniania sobie bezpieczeństwa właśnie dlatego, że jej nie używają, za to mogą od czasu do czasu nią postraszyć. Dodać również należy, że Polska zostałaby zaatakowana w pierwszej kolejności, właśnie po to aby tarczę zneutralizować. Do tego dochodzą kolejne kwestie. Jak dotąd nie wiadomo czy system byłby skuteczny –  prób jeszcze nie zakończono, wiadomo natomiast, że system będzie niewyobrażalnie kosztowny, gdyż po tarczy naziemnej czas przyjść by musiał ma rozwój tarczy kosmicznej. Nowy wyścig zbrojeń w tej sytuacji stałby się faktem. Już teraz widać znaczne ożywienie w pracach naukowców rosyjskich i chińskich opracowujących nowe coraz lepsze środki przenoszenia atomowych głowic.

Mówiąc wprost – kiedyś byli tacy, którzy nie chcieli umierać za Gdańsk. Do dziś uważane jest to za zdradę, czymże jednak by to było w porównaniu z tym, co rządzący chcą nam zgotować? Mamy umierać za Waszyngton? My, gdy przyjdzie co do czego, nie zdradzimy – bo nie będziemy mieli kiedy tego zrobić. Pewnie Amerykanie postawią nam w podzięce ładny pomnik i dadzą wreszcie te wizy. Wszak wielu już nas po takiej przygodzie nie zostanie więc i może  poziom odrzuceń nareszcie się zmniejszy. Co tu dużo mówić – jest to arcyciekawy pomysł na sukces polskiej dyplomacji.

Śródtytuły pochodzą od Redakcji.