Bombaj – Indie – co się dzieje?

Jak to możliwe, że w dużym państwie trwają walki uliczne, regularna wojna z terrorystami? I dlaczego było to możliwe właśnie w Indiach? Już dziś wiadomo, że zamachy będą miały wielki wpływ na przyszłoroczne wybory, do których idzie nieprzygotowana Partia Kongresowa i rosnąca w siłę ppopulistyczna BJP, która gra nacjonalizmem. O tym, jak zachowują się dziś Hindusi, oglądający wszystko w telewizji, jak porzecierają oczy ze zdumienia, pisze mój redakcyjny kolega Radek Leniarski na swoim blogu.

Radek jest teraz w Indiach i miał mieszkać w Taj Mahal…

Na razie tłumy gapiów, które zebrały się pod hotelami w Bombaju, są entuzjastyczne, heroizują wojsko. Ale za chwilę zaczną się pytania: dlaczego akcja trwa tak długo? Dlaczego mamy wojnę w mieście, dlaczego nie potrafimy reagować szybko? Dużo o tym, jakie są nastroje dziś w Indiach, ma na swoim blogu Polak z Delhi. Polecam!

Jakie skomplikowane są Indie, pisze Tehelka – jeden z najlepszych tygodników w tym kraju:

„Sixty years on, as the pieties of a hardwon freedom have faded from view, the idea of India has come to be fought over in increasingly violent terms. Majority versus minority. Hindutva versus Soft Hindutva. Right versus Left. Left versus Far Left. Caste versus Scheduled Caste. Shining India versus Simmering India. Liberals versus Neo-liberals. State versus State. The Centre versus the Rest. And Jihad against it all.

Jakie są te Indie, w których to wszystko się dzieje? Nieprzewidywalne, zaskakujace i fascynujące. Próbowałem opisać to na tyle, na ile to możliwe w dzisiejszej Gazecie:

„Dziewięć procent wzrostu PKB rocznie – i kilkaset osób zabitych w zamachach terrorystycznych w tym samym czasie. Ćwierć miliarda ludzi, którzy żyją za 40 centów dziennie, a jednocześnie najdroższy na świecie prywatny dom mieszkalny za 2 mld dol.”

Oto Indie: państwo gigantycznych kontrastów, największej, liczącej miliard ludności demokracji świata, której gospodarka rozwija się błyskawicznie i za dekadę, dwie chciałaby rozdawać karty w globalnej polityce. Ale ta demokracja z coraz większym trudem utrzymuje porządek wewnętrzny. Ostatnie zamachy tylko to potwierdziły. Walki z terrorystami ciagną się trzecią dobę!!!

Indie widziane z zewnątrz, które zna Zachód, to państwo marzenie, które modernizuje się w tempie Chin. Przemiany zaczęły się z otwarciem rynku na początku lat 90. Dzięki temu, że Hindusi mówią po angielsku i mają świetnie wykształconych studentów, w takich miastach jak Bangalur, Pune, Ahmadabad powstało zaplecze usługowe dla Zachodu. Właśnie tam lokują inwestycje Microsoft, Apple, Intel, Reuters, Deutsche Bank i setki innych globalnych gigantów.

To państwo, z którego pochodzi Tata – gigant przemysłowy, który produkuje najtańszy samochód świata, ale który za 1,7 mld dol. kupił firmy Jaguar i Land Rover. To też kraj rosnącej klasy średniej, centrów usługowych i tysięcy zdolnych programistów.

Mówię ci, że to jest najlepsze miejsce na świecie, by robić karierę – opowiadał mi Apurva w swoim 50-metrowym mieszkaniu przy jednej z głównych ulic Bombaju. – Ja awansowałem w trzy lata na stanowisko dyrektora, a mam dopiero 26 lat i pod sobą tysiąc ludzi. Ten kraj to przyszłość.

To państwo, które chce czerpać swą siłę z różnorodności – tak chciał Mahatma Gandhi, kiedy walczył o niepodległość. Między innymi dlatego Indie mają 23 języki urzędowe, a liczba plemion i narodów oszałamia . Ale ta nieposkromiona różnorodność powoduje, że są też inne Indie, te na Zachodzie nieznane – rozrywane wewnętrznymi wojnami muzułmanów z hinduistami i coraz silniejszymi nacjonalizmami.

Muzułmanów jest w Indiach ok. 15 proc., hinduistów – ponad 80 proc. Muzułmanie, tradycyjnie biedniejsi i słabiej wykształceni, oskarżają państwo, że o nich nie dba. Hinduiści mają pretensje o to, że muzułmanie dostają od państwa zbyt dużą pomoc. Wyznawcy obu religii pamiętają krwawy podział brytyjskiej kolonii w latach 40. na Indie i Pakistan, kiedy w pogromach religijnych zginęły dziesiątki tysięcy osób, a setki tysięcy straciły dorobek życia. Nienawiść religijna jest w wielu domach żywa do dziś.

Mam ich dość, tych cholernych brudasów. Zabierają nam miejsca pracy, trzeba z tym zrobić porządek – mówili mi w Delhi hinduistyczni sklepikarze, rykszarze, bankowcy.

Mam ich dość, tych przeklętych Hindusów. Myślą, że wszystko im wolno, że mogą tak zabijać naszych braci w Kaszmirze – mówili w tym samym mieście muzułmańscy sklepikarze, rykszarze, bankowcy.

Muzułmański Kaszmir jest od lat kością niezgody między Pakistanem i Indiami. Od lipca trwa tam faktyczne powstanie – indyjska armia strzela do separatystów, którzy żądają niepodległości prowincji albo jej przyłączenia do Pakistanu. Bojówki kaszmirskie podkładają bomby pod posterunki wojska.

Z roku na rok radykalne organizacje muzułmańskie rosną w siłę, wspierane przez braci z Pakistanu czy Bangladeszu. To one zorganizowały serię okrutnych zamachów bombowych w Bombaju, w których dwa lata temu zginęło prawie 200 osób, to one uderzyły w siedmiu miastach Indii w tym roku, w tym w Delhi i Bangalurze, zabijając bombami kilkaset osób.

Ale błyskawicznie rozwijają się też nacjonalistyczne hinduistyczne organizacje. Przykład dała im Bharatiya Janata Party, już druga co do wielkości partia polityczna w kraju, która rządziła przed obecnym gabinetem Manmohana Singha z Partii Kongresowej (z niej wywodził się Gandhi).

BJP promuje „hindutvę”, czyli program nacjonalizmu hinduskiego. Mówią o budowaniu Wielkich Indii pokojowymi metodami, ale na prowincji ich zwolennicy często uciekają się do przemocy – jak w Gudżaracie, gdzie kilka lat temu oszalały tłum gwałcił, palił i linczował setki muzułmanów przy cichej aprobacie władz stanu.

W stanie Maharasztra karierę zrobiła skrajnie nacjonalistyczna partia Shiv Sena. Przemianowała miasto z Bombaju na Mumbaj (bardziej hinduska), walczy z aktorami Bollywood, którzy nie są wystarczająco hinduscy, nie chce, by do Bombaju napływali „obcy z północy”. Bojówki, do których Shiv Sena się nie przyznaje, atakowały wielokrotnie meczety. Muzułmanie nie pozostawali dłużni.

Na domiar złego w biednych stanach wschodnich Indii, gdzie państwo jest słabe, w siłę rosną naksalici – uzbrojona, gotowa na wszystko partyzantka maoistowska, która nie stroni od morderstw i przemocy. Z wielu powiatów wygnała urzędników i armię. Sama zakłada szkoły, szpitale, przedszkola. Wszystko w duchu skrajnego komunizmu. Niektórzy eksperci oceniają, że naksalici przejęli już faktyczną władzę nawet nad jedną piątą terytorium kraju.

Rząd premiera Singha, choć dbał o rozpędzoną gospodarkę, nie znalazł sposobu na załagodzenie tych problemów i waśni religijnych. Państwo wciąż nie działa tak, jak powinno – policja i służby specjalne nie przewidziały serii ostatnich zamachów, a wojsko chaotycznie walczy w Bombaju z terrorystami.

Indie bywają skorumpowane, słabe, biurokratyczne – narzekają często sami Hindusi. – Ale są potężne. Nasz czas dopiero nadchodzi – dodają zaraz potem.”

Proszę polskich blogerów – jesteście w Indiach, napiszcie co widzicie!


Przeczytaj także:

Indie – niepewna przyszłość;

Bombaj się otrząśnie.