Bilans irackiej eskapady

Nasze wojska opuściły województwo irackie. Warto zastanowić się nad tym, jak oceniać nasz pięcioletni udział w amerykańskiej kampanii? Czy wysłanie polskich wojsk było bezsensowne i pochopne? A może był to bardzo przemyślany ruch strategiczny? Wydaje mi się, że – jak zwykle – nic nie jest do końca czarne, a nic do końca białe. Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę masę sprzeczności, o których napiszę poniżej.

Jechaliśmy do Iraku na „wojnę z terroryzmem”. Jest to stwierdzenie zgodne z prawdą, owszem. Amerykańskie, brytyjskie, australijskie i polskie wojska w jakiś sposób wojnę z terrorystami w Iraku wywołały. O Saddamie Husajnie można (i należy!) powiedzieć wiele złego. Był brutalnym dyktatorem, prześladował swoje społeczeństwo, mordował masowo Kurdów, jego synowie potrafili torturować sportowców irackich, gdy ci nie spisywali się na zawodach zgodnie z ich – najczęściej wygórowanymi – oczekiwaniami. Husajn był też niebezpiecznym watażką, na co wskazuje wojna iracko-irańska i bezprawne zajęcie Kuwejtu. Fakt jest jednak faktem – terroryści nie przepadali za Saddamem, ani Saddam za terrorystami. Nawet stosunki z Organizacją Wyzwolenia Palestyny po I wojnie w Zatoce Perskiej, trudno uznać za dobre. Arafat uważał, że Hussajn wspiera jego konkurencję. Nie tym Amerykanie uzasadniali swoją interwencję. Zresztą, bushowska doktryna „uwalniania demokracji” okazała się hasłem dla naiwnych.

Odrzućmy więc deklaracje o tym, że pojechaliśmy na wojnę z terroryzmem. Najpierw pojawili się Amerykanie, a potem reaktywowali się terroryści, często szkoleni w irańskich obozach. Pojechaliśmy w imię interesów, pytanie – czy naszych? Iracka broń masowego rażenia okazała się fatamorganą, co w sumie nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę warunki klimatyczne tamtego regionu. Po co więc tam pojechaliśmy? Czy dostaliśmy obiecane kontrakty? Co z modernizacją polskiego wojska za amerykańskie pieniądze? Czemu zgodziliśmy się na tak kiepskie zasady realizowania offsetu? Czy Amerykanie nie mogą nawet znieść wiz? Dlaczego mamy wspierać ekspansję firmy Haliburton? Tak należy patrzeć na nasz udział w misji. Rząd Millera popełnił ten sam błąd, co rząd Kaczyńskiego/Marcinkiewicza – sprzedał się za tanio. Za to Amerykanie wykonali udanego napadu na bank zwany „irackie złoża ropy i gazu”.

Jeśli chodzi o materialne korzyści – niestety, ale Amerykanie nie zachowali się uczciwie. Polska zachowywała się do końca misji bardzo lojalnie i honorowo. Wspomnę jeszcze o słynnym udziale GROMu w pierwszej fazie operacji w Iraku. Całość przypomina rozmowę kolegi z kolegą w jednym z dowcipów:
– Słuchaj, jak prześpię się z twoją żoną to będziemy prawie rodziną…?
– Rodziną to może nie, ale będziemy kwita..

I nie jesteśmy z Amerykanami „kwita”.

Spójrzmy jednak też na plusy. Polacy w Iraku spisywali się bardzo dobrze. Nie tylko udowodniliśmy, iż mamy świetnie wyszkolone wojska (i wywiad), spełniające wszelkie wymogi nowoczesnego pola bitwy, ale również w samym Iraku radziliśmy sobie z bieżacymi problemami. Polacy byli odbierani o niebo lepiej, niż Amerykanie. Wiąże się to z – choć brzmi to śmiesznie – dobrymi w przeszłości relacjami pomiędzy Polakami, a Irakijczykami z lat 70-tych. Polacy też lepiej rozumieli naturę Irakijczyków i układali się z władzami plemiennymi. Nie oznacza to, że służba w Babilonie była spacerkiem. To była regularna wojna, w warunkach której Polacy dobrze sobie poradzili. Polskie wojsko zyskało bezcenne doświadczenie.

Nie można też zapominać, iż polskie firmy (chociaż uważam, iż w zbyt małym stopniu) działają na rynku irackim. Dostajemy zamówienia od Irakijczyków (m.in. na broń). Pomagamy też w szkoleniach irackiej policji, wojska i służb specjalnych. Liczymy się w tamtym regionie, chociaż oczywiście zbyt mało, w porównaniu np. z Francuzami czy Niemcami, którzy raczej zwolennikami „uwolnienia Iraku” nie były.

Irak jest państwem bardzo podzielonym, szyici, sunnici i Kurdowie gwarantują masę sprzecznych interesów. W tych warunkach ciężko o pokój, ale nie można przekreślać szans na demokratyzację tego państwa. Obecny system to przykład demokracji kontrolowanej przez Stany Zjednoczone. Trzeba jednak pamiętać, że przejmując irackie pola naftowe, Amerykanie zobowiązali się coś zrobić z irackim ustrojem. Dzisiejszej sytuacji daleko jest od ideału, ale i tak jest lepsza niż krwawa dyktatura Saddama. Wycofanie wojsk amerykańskich doprowadziłoby do wojny domowej na olbrzymią skalę. Należy dać Irakowi szansę. Wbrew pozorom poparcie dla terrorystów (a nie zaliczam do nich Muktadę as-Sadra) jest niewysokie.

Podsumowując udział naszych wojsk nie można zapominać o 22 żołnierzach, którzy już nie wrócą ze służby. Jest to bardzo przykra konsekwencja wojny.

Trudno zatem jednoznacznie ocenić nasz udział w wojnie w Iraku. Szczególnie, że np. można śmiało stwierdzić, że nasz udział w Iraku ma również związek z rozmowami o tarczy antyrakietowej. Wybraliśmy pewną drogę. Na pewno nie wyjeżdżamy z Iraku pokonani, ani zastraszeni. To bardzo cenne.