Atomowy Iran coraz bliżej?

Choć najnowszy raport Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej nie został jeszcze oficjalnie opublikowany, jego najciekawsza część wypłynęła już do światowych mediów – New York Times i Bloomberg już wczoraj opublikowały konkluzje z raportu.

Zgodnie z tymi doniesieniami, Iran ma posiadać już około 630 kilogramów niskowzbogaconego (koncentracja izotopu U235 – około 5%) uranu. Jest to znaczący wzrost w porównaniu do poprzednich miesięcy – w ciągu sześciu tygodni, irańskim fizykom udało się wzbogacić około 150 kg uranu. Oznacza to, że są oni w stanie produkować paliwo jądrowe na bardzo dużą skalę – w zupełności wystarczającą do uruchomienia w niedalekiej przyszłości przynajmniej jednego reaktora atomowego. Niskowzbogacony uran wykorzystywany jest w najbardziej rozpowszechnionych na świecie, tzw. lekkowodnych reaktorach jądrowych, a więc takich, które wykorzystują zwykłą wodę do chłodzenia rdzenia i podtrzymywania kontrolowanej reakcji łańcuchowej. Budowę reaktora tego typu Iran rozpoczął jeszcze w 1975 roku w nadmorskim mieście Buszir, ale z powodu rewolucji z roku 1979, a w jej konsekwencji izolacji na arenie międzynarodowej, na wiele lat musiał zaprzestać prac nad nim. W 1995 roku podpisano porozumienie między Iranem a Rosją w sprawie wznowienia tych prac, a ich koniec jest obecnie przewidywany na sierpień przyszłego roku.

Posiadana przez Iran ilość paliwa, nie jest jednak nadal wystarczająca do rozpoczęcia operacyjnej pracy reaktora w Buszirze, ale po dalszym wzbogaceniu może zostać wykorzystana do budowy broni atomowej. Zgodnie z obliczeniami podawanymi przez NYT, irańskie zasoby niskowzbogaconego uranu wystarczą na wyprodukowanie od 15 do 22 kg wysokowzbogaconego uranu (zawartość izotopu U235 – co najmniej 90%), co powinno wystarczyć do wyprodukowania jednej bomby atomowej o niewielkiej jeszcze sile rażenia. Patrząc jednak na wydajny system wzbogacania uranu, jaki posiada już Iran, eksperci oceniają, że w ciągu roku państwo ajatollahów może zdobyć wystarczającą ilość materiałów rozczepialnych, by zbudować trzy bomby atomowe, a to byłby już duży postęp.

Mapa irańskich zakładów badawczych zajmujących się programem atomowym (kliknij aby powiększyć)Doniesienia te, wraz z ubiegłotygodniowym testem nowego typu pocisku balistycznego średniego zasięgu (Sidżdżil), muszą budzić w wielu państwach niepokój. Być może niezupełnie słusznie – na szczęście, od posiadania wystarczającej ilości materiałów rozczepialnych do skonstruowania broni atomowej długa jeszcze droga. Przede wszystkim, Iran na razie nie posiada odpowiedniej ilości wysokowzbogaconego surowca, a cały niskowzbogacony uran dostępny irańskim naukowcom jest pod stałą kontrolą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. MAEA, choć wielokrotnie zawodziła w sprawie Iranu, od kilku lat – także dzięki pomocy ugrupowań politycznych opozycyjnych wobec obecnej władzy w Teheranie – zaczyna działać coraz skuteczniej, a jej działania kontrolne, po opublikowaniu najnowszego raportu, będą musiały być jeszcze bardziej wnikliwe. Można więc przypuszczać, że zrobi wszystko, by tym razem dopilnować interesów społeczności międzynarodowej. Iran, aby zacząć dalsze wzbogacanie uranu, musiałby więc wyrzucić sprawozdawców Agencji, co równałoby się z wypowiedzeniem Układu o nieproliferacji broni jądrowej i ostatecznie zakończyłoby spekulacje dotyczące intencji władz w Teheranie. Choć, uzyskanie wysokowzbogaconego uranu w warunkach irańskich nie sprawiałoby już wielkich problemów, to jego militarne zastosowanie – jak najbardziej. Problemem mogłoby się okazać skonstruowanie głowicy atomowej, na tyle małej, że możnaby ją umieścić w jednym z irańskich pocisków balistycznych. Przykład Korei Północnej, która mimo przeprowadzenia testu ładunku atomowego dwa lata temu, długo jeszcze będzie musiała pracować nad jego miniaturyzacją, pokazuje, przed jak trudnym zadaniem stoją konstruktorzy takiego ładunku. Iran, nawet posiadając dostęp do materiałów przekazanych im przez Abdula Khana, ojca pakistańskiej bomby atomowej i szefa największej siatki handlarzy atomem (więcej o tym tu i tu), będzie potrzebował jeszcze co najmniej kilku lat, na wyprodukowanie odpowiedniej głowicy. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której społeczność międzynarodowa będzie się tymu bezczynnie przyglądać.

Trudno przewidzieć, jakie byłyby reakcje USA, Unii Europejskiej i Izraela, ale można domyślać się, że w obliczu stosunkowo realnego zagrożenia, to ostatnie państwo nie wykluczałoby ataku na zakład wzbogacania uranu w Natanz, gdzie przechowywana jest całość irańskiego paliwa atomowego. Skuteczność tego typu akcji zależałaby od tego, czy izraelskiemu wojsku (a dokładniej – lotnictwu) udałoby się zachować plan ataku w tajemnicy. Z drugiej strony, można spodziewać się, że teraz, jak nigdy wcześniej, Iran będzie spodziewał się ewentualnego nalotu na te instalacje i np. wywiezie cały materiał rozczepialny z Natanz.

Czy Iran zdecyduje się na takie posunięcie, znając jego możliwe konsekwencje? Wbrew pozorom, jest to prawdopodobne. Pozycja Mahmuda Ahmedineżada jest coraz bardziej chwiejna: ogromna stopa bezrobocia, stale wzrastająca inflacja oraz rosnące z każdym spadkiem cen ropy naftowej zadłużenie Iranu (60 miliardów $ w przyszłym roku) nie napawają Irańczyków optymizmem i stawiają pod znakiem zapytania reelekcję obecnego prezydenta. Ahmadineżad może niedługo desperacko potrzebować jakiegoś sukcesu, a ciężko wyobrazić sobie coś co lepiej ukoi serca jego rodaków, niż sukces programu atomowego.

Front nieukończonej jeszcze elektrowni atomowej w BuszirzeZ perspektywy obecnego prezydenta, każdy chwyt jest dozwolony – jeśli nie uda się mu uruchomić reaktora w Buszirze przed lipcowymi wyborami prezydenckimi, być może postawi (za zezwoleniem Alego Chamenei’ego) wszystko na jedną kartę: zaostrzy kurs wobec Zachodu, wydali inspektorów MAEA i zdecyduje się na przeprowadzenie testu pierwszego irańskiego ładunku jądrowego. Byłby to niedopracowany ładunek o niewielkiej mocy, a wielkich gabarytach, który dałby Irańczykom co najwyżej złudzenie wygranej, ale nie mógłby być odebrany przez ekspertów za prawdziwy sukces. Jego operacyjne zastosowanie byłoby oczywiście właściwie niemożliwe, dlatego nawet ciężko byłoby nazwać go bombą atomową. Celem wszystkich działań, podjętych przez władze w Teheranie będzie jedynie polepszenie swoich notowań na arenie wewnętrznej i – ewentualnie – pozycji w negocjacjach ze światem Zachodu. Dopiero powstanie pierwszych, dających się wykorzystać operacyjnie, głowic atomowych będzie na tyle znaczącym osiągnięciem, żeby mówić o realnym zagrożeniu nuklearnym Iranem. Jest to jednak odległa perspektywa.

Artur

Zdjęcia: Stratfor.com, Turner.com, Departament Stanu USA.