Wódz Obama walczy o czerwonoskórych

Barack Obama nie jest jeszcze co prawda Wodzem Naczelnym, ale z całą pewnością można powiedzieć, że jest na najlepszej drodze, by zapewnić sobie w nadchodzących wyborach status wodza amerykańskich Indian.

A głosy rdzennych Amerykanów mogą wydatnie pomóc mu zwyciężyć w kilku, nomen omen, czerwonych stanach. Bardzo ciekawy artykuł o tej sprawie ukazał się w Mother Jones.

W swoim tekście Nick Baumann przytacza statystyki, według których Indianie mogą odegrać znaczącą rolę przede wszystkim w Północnej Dakocie (sondaż sondaży daje tu McCainowi przewagę 47,7 : 43,7), Montanie (47,8 : 44,5 dla McCaina), Nowym Meksyku (50,7 : 42,3 dla Obamy) i cytuje liderów Indiańskiej społeczności, którzy twierdzą, że Barack Obama o wiele skuteczniej i efektywniej adresuje swoją kampanię do rdzennych Amerykanów, niż robili to poprzednio John Kerry, czy Al Gore.

A mobilizacja tych wyborców jest wyjątkowo ważna, bo choć tradycyjnie sympatyzują oni z Demokratami, to zazwyczaj tylko niski odsetek spośród nich chodzi głosować. W tym roku zaś liczba nowo zarejestrowanych indiańskich wyborców ma być rekordowa.

Jako przykład najbardziej znaczącego udziału Indian w wyborach przytacza się najczęściej rok 2002, kiedy głosy Siuksów zapewniły Demokracie Timowi Johnsonowi miejsce w senacie z Południowej Dakoty. Głosy Native Americans pomogły też w zdobyciu Montany przez Billa Clintona w 1992 roku.

Co ciekawe, Baumann przypomina również, że John McCain jest bardzo szanowany wśród indiańskiej społeczności odkąd w latach 1995-97 przewodniczył senackiej Komisji ds. Indian. Jednak wśród jednej z najbiedniejszych grup społecznych, grupy, dla której wciąż idolem jest JFK, szansę na głosy ma raczej niewielką.

Mam nadzieję, że jeśli za tydzień zadziała ten pieprzony efekt Bradleya (czego się, może trochę irracjonalnie, coraz bardziej obawiam, o czym pisałem w poprzedniej notce), to choć trochę zniweluje go „efekt Johnsona”.

Bo na myśl, że o wyniku najważniejszych wyborów w Stanach Zjednoczonych od wielu, wielu lat miałyby zdecydować uprzedzenia rasowe (czy szerzej uprzedzenia kulturowe: Barrack Hussain Obama, czyli muzułmanin, czyli terrorysta), lekko cierpnie mi skóra.