Torturowanie Demokracji

Film Torturing Democracy robi ogromne wrażenie. Jego autorzy metodycznie, punkt po punkcie, pokazują, że torturowanie więźniów podejrzanych przez Amerykanów o związki z Al Kaidą nie było incydentem, nie było wypadkiem przy pracy, ale oficjalną metodą postępowania zatwierdzoną przez najwyższych urzędników.

Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji

Możemy zobaczyć jak przebiegał proces legalizacji tortur, jakie miał konsekwencje, jaki miał wpływ na życie konkretnych, niewinnych ludzi, którzy przez wiele lat przechodzili piekło w Guantanamo, czy Abu Ghraib, by na końcu zostać zwolnionym bez postawienia żadnych zarzutów, za to ze zniszczoną psychiką i zdrowiem.

To chyba najlepiej udokumentowany film o tej sprawie. Przewijają się w nim tomy akt, świadectwa i cytaty, a wszystko to podane w chłodnym faktograficznym stylu (pełny transkrypt filmu możecie przeczytać tutaj). Nie ma w nim publicystyki w stylu Michaela Moora, nie ma niepotrzebnych emocji i histerii. I bardzo dobrze.

Jedynym wątkiem, który dodaje nieco polemicznej werwy filmowi są wtręty historyczne pokazujące jak amerykańskie metody przesłuchań zaakceptowane przez Busha & co, wywodzą się z mroków średniowiecza, hiszpańskiej inkwizycji, czy w końcu z kazamatów sowieckiej KGB. Wszystkiego mogliśmy oczekiwać po ekipie Busha, ale nie spodziewaliśmy sie jednak hiszpańskiej inkwizycji, prawda? A tu prosze. Autorzy filmu przypominają także, że sposoby wydobywania informacji od więźniów stosowane teraz przez Amerykanów (np. podtapianie) były określane przez nich samych jako zbrodnie wojenne podczas wojny w Wietnamie. (odpowiedni fragment filmu w sekcji WIDEO portalu)

Jak widać kwestia tortur aprobowanych przez obecną administrację jest wciąż żywo debatowana w Stanach Zjednoczonych, mimo, że, jak kilka lat temu zauważyła w jednym ze swoich tekstów Naomi Klein, torturowanie więźniów pod egidą USA nie było niczym nadzwyczajnym już podczas zimnej wojny. Zdaniem Klein debata powinna dotyczyć nie „strasznego Busha” i „wyjątkowego zła”, które czynił, ale systemowych, historycznych i mentalnych uwarunkowań, które mu na to wszystko pozwoliły. To w Stanach. A w Polsce? Debata o torturach w polskim, tajnym więzieniu C.I.A, jak można było przewidzieć, skończyła się, nim tak naprawdę zdążyła się zacząć. Rozpłynęła się w rozważaniach o „racji stanu” i „sojuszniczych zobowiązaniach”.

Ale nim temat więzień i tortur, w których maczali palce Polacy ustąpił miejsca bardziej doniosłym kwestiom (typu bitwy o krzesła i samoloty), zdążyliśmy się jeszcze sporo dowiedzieć o tym, jak czołowe postaci polskiej debaty publicznej traktują demokratyczne wartości i międzynarodowe konwencje, zdążyliśmy się dowiedzieć, ile w polskich głowach ukrytych stereotypów i ciemnych mentalnych cel.

Zaginione słowo na „T”

Debatujący o sprawie publicyści koncentrowali się zazwyczaj na kwestiach technicznych. A to zastanawiali się, czy państwo może dobrze funkcjonować bez ścisłej ochrony ważnych tajemnic (Piotr Gabryel), a to lekko ironizowali, wskazując, że odkrywanie prawdy przez dziennikarzy pomaga tajnym służbom, bo te na błędach uczą się lepiej strzec swych sekretów (Tomasz Wróblewski). W większości wypowiedzi mogliśmy również znaleźć złość na służby specjalne, że te, zupełnie nieprofesjonalnie, dały się złapać za rękę i narobiły wszystkim niepotrzebnych i męczących kłopotów. Bo, jak stwierdził Tomasz Wołek, „jeśli chodzi o terrorystów, tajemnice powinny być przestrzegane”.

„Bez dobrze umocowanego poczucia, że ci wszyscy żyjący gdzieś tam ludzie nie są tacy jak >>my<<, że nie cenią >>naszych wartości<< (…) nie byłoby wojny – pisał Edward Said w jednym ze swoich artykułów o ataku na Irak. Podobny mechanizm obserwowaliśmy w naszym przypadku: gdyby komentatorzy nie mieli poczucia, że podejrzani o terroryzm wywodzą się z kultury, która jest dzika, groźna, szalona, obca „naszym” wartościom, to słowa oburzenia na niedopuszczalne praktyki dotyczące więźniów nie schodziłyby im z ust. Wtedy nie pozwalaliby sobie na ironizowanie.

Wyobraźmy sobie reakcję na hipotetyczną wiadomość, że afgańscy agenci torturowali Polaków podejrzanych o zabicie kobiet i dzieci w Nanghar Khel, próbując wydobyć od nich dane wspólników. Albo, że torturowany był porwany ostatnio w Pakistanie Polak. Czy widzicie te napuszone opinie o okrutnych muzułmanach, którzy nie potrafią przystosować się do „naszych” wartości i standardów w traktowaniu więźniów?

Za większością wspomnianych techniczno – proceduralno – prawnych komentarzy kryła się tak naprawdę niewypowiedziana teza, że w przypadku islamskich terrorystów „niestandardowe formy przesłuchań” są uprawnionym i skutecznym środkiem, by zapobiec domniemanym przyszłym zamachom. Wszystko to w myśl jednego z „odczłowieczających” stereotypów przytaczanych przez Saida we wspomnianym artykule, według którego „koniec końców siła jest jedynym argumentem, którą oni (Arabowie, muzułmanie) rozumieją”.

W obronie Galerii Mokotów

Trzeba przyznać, że niektórzy mieli odwagę, by nie chować się za niedomówieniami. Tomasz Lis stwierdził w Poranku Tok FM, że nie widzi nic złego w tym, by od ludzi, „którzy, gdyby tylko mogli, w Galerii Mokotów zrobiliby to samo co w Nowym Jorku, wydobywać informacje różnymi sposobami”.

Przeprowadźmy szybko małą charakteryzację. Ubierzmy redaktora Lisa w turban, doklejmy mu brodę i nakażmy, by, siedząc w kucki na tle jakiejś jaskini, wygłosił mowę o tym, że „wyznawcy Allaha nie powinni mieć skrupułów, by z amerykańskimi imperialistami i ich sojusznikami wspierającymi krwawe dyktatury na naszej ziemi oraz prowadzącymi neokolonialną wojnę w Iraku walczyć różnymi sposobami”.

Jak oceniono by taką przemowę? Zapewne uznano by ją za jaskrawy przykład głupoty, populizmu i podżegania do aktów terrorystycznych przez groźnego islamskiego fundamentalistę. Tymczasem niemal identyczne zdania uzasadniające nasze okrucieństwo wobec ludzi wywodzących się z innej kultury wypowiadane przez miłego i elokwentnego pana z telewizji uchodzą w Polsce za uprawniony głos w debacie publicznej.

Dodajmy, że do tej pory nie rozliczyliśmy się z naszej współodpowiedzialności za śmierć setek tysięcy cywili w Iraku. Że uczestniczymy w operacji w wojskowej w Afganistanie ale tak naprawdę nie wiemy po co. Jeśli toczy się w tych sprawach jakakolwiek debata, dotyczy ona bezpieczeństwa „naszych” żołnierzy, mówimy wciąż o „naszych” korzyściach politycznych, zapominając, że działania które podejmujemy dotyczą codziennie spraw milionów, zamieszkujących Irak i Afganistan, ludzi.

No tak, tylko, czy „oni” są dla nas ludźmi? To znaczy, czy są ludźmi takimi jak „my”? Czy również się śmieją, kochają, bawią, mają poglądy polityczne? Czy należy im się taki sam szacunek, takie same prawa? Ejże, przecież to z „ich” społeczności, kultury, religii wywodzą się ci straszni terroryści z obłędem w oczach, terroryści, od których „my”, Polacy, światli przedstawicieli cywilizacji zachodniej, musimy „ich” teraz wyzwalać, narażając życie „naszych” żołnierzy.

Jeśli to „nasi” chłopcy masakrują „ich” cywili to jest to pomyłka, względnie wypadek przy pracy. Jeśli to „my” zgotowaliśmy im piekło na ziemi, atakując i okupując „ich” kraj, to po prostu ulegliśmy fałszywym przesłankom. Zdarza się. Jeśli to jednak „ich” terroryści atakują „nasze” miasta, świadczy to o całej „ich” wspólnocie religijnej, bądź etnicznej: o jej zacofaniu, krwiożerczości, rdzennej nienawiści do „naszych” wartości.

To nic, że zazwyczaj nie odróżniamy Sunnitów od Szyitów, Arabów od Persów, Chatamiego od Chomeiniego, Hamasu od Hezbollahu. My tam już swoje wiemy.

Fabryka nienawiści

Polska była w pierwszej linii bushowskiej wojny z terrorem, wojny prowadzonej za pomocą „różnych sposobów”. George W. Bush powoli odchodzi w niesławie ale jego poglądy i system wartości głęboko przeorały naszą zbiorową świadomość i wygląda na to, że zostaną w niej na długo. Mieszanka naszej ignorancji, paternalizmu i ukrytych uprzedzeń w stosunku do świata islamu jest piorunująca.

Bo przecież Tomasz Lis jest wystarczająco inteligentny, by rozumieć, że jego przyzwolenie na torturowanie terrorystów jest przyzwoleniem na torturowanie wyznawców islamu w ogóle. Bo zasada, że „można torturować terrorystów” automatycznie przekształca się w inną, która mówi, że można torturować „podejrzanych o terroryzm”. Ta przemiana zaś powoduje, że w imię naszych wartości i relatywnego poczucia bezpieczeństwa niewinni muzułmanie mogą być bezkarnie porwani i torturowani przez służby naszych sojuszników

Lis (i większość z tych, którzy bagatelizują kwestię tortur i tajnych więzień) dobrze zdaje sobie sprawę z tych następstw i, co więcej, godzi się na nie w imię zapiekłej i zaciętej wojny z islamskimi terrorystami o Galerię Mokotów, którą toczy w swojej głowie.

Następstwem takiego myślenia jest droga jaką przebył pokazany w Torturing Democracy Shafiq Rasul, więzień nr 086, który z sympatycznego chłopaka z błyskiem w oku zmienił się po wyjściu z Guantanamo w brodatą posępna postać, która w oczach ma już tylko nienawiść i smutek. Ciekawe, czy redaktora Lisa satysfakcjonuje ta przemiana.