Tak hartuje się demokratyczna stal

KnesetPrzedwczesne wybory do Knesetu zdają się być nieuniknione. Tzipi Livni, której powołanie rządu powierzył prezydent Shimon Peres, nie zdołała nakłonić wystarczającej liczby partii, aby móc utworzyć koalicję pozwalającą na sprawowanie skutecznych rządów w Izraelu. Chociaż pani Livni teoretycznie mogłaby zostać premierem mniejszościowego rządu, zdecydowała się jednak postawić na demokrację i oddać kwestię obsadzenie rządu Izraela ludności.

Pod koniec lipca bieżącego roku Ehud Olmert obwieścił, iż nie będzie ubiegać się o kolejną kandydaturę na stanowisku przewodniczącego partii. Powodem były oskarżenia o korupcję premiera, który rzekomo przyjął w ciągu kilku lat około 500 tysięcy dolarów od amerykańskiego biznesmena Morrisa Talanskiego. Wewnątrzpartyjne wyboru zdecydowanie wygrała wówczas Tzipi Livni stając na czele Kadimy – tworu powstałego z odłamu nacjonalistycznej partii Likud. Toteż, gdy 21 września Olmert złożył na ręce prezydenta Peresa oficjalną rezygnację z urzędu, misję utworzenia nowego rządu otrzymała minister spraw zagranicznych – Tzibi Livni. Pomimo, iż dane jej 42 dni jeszcze nie minęły, przewodnicząca Kadimy oznajmiła dziś prezydentowi, że „nie będzie narażać przyszłości Izraela dla stołka premiera”. Jest to przykład na to, jak we współczesnym wyścigu szczurów po stołki i zasługi może wygrać chęć szerzenia demokracji i oddania spraw w ręce narodu. Decyzja niedoszłej – jeszcze – pani premier to właśnie nic innego, jak oddanie losów kraju wyborcom, chęć legitymacji władzy, której inicjatywa wypłynęła z samej góry hierarchii władzy w państwie.

Kneset jest dość specyficzną formą parlamentu. Składa się tylko z jednej izby i ma stałą liczbę 120 deputowanych wybieranych na 4-letnią kadencję. Toteż po rezygnacji Olmerta, Tzipi Livni stanęła przed trudnym zadaniem uformowania rządu ze zlepku różnych mniejszych partii. Aby móc sprawnie zarządzać krajem potrzebowała co najmniej 61 deputowanych celem zdobycia większości zdolnej do forsowania ustaw, ale mogła też ostatecznie zgodzić się na rząd mniejszościowy idąc na pewne ustępstwa potencjalnym sojusznikom. Ordynacja proporcjonalna w Izraelu przewiduje 2% próg wyborczy, co powoduje często rozwarstwienie parlamentu na masę pomniejszych frakcji. Ma to miejsce także dziś po wyborach do parlamentu z 2006 r. Zawiązanie koalicji w tego typu ordynacji jest niezwykle trudne.

Proporcje w obecnym – siedemnastym – Knesecie nie wyglądają zbyt dobrze dla Kadimy, której wszelkie próby stworzenia koalicji spaliły się w ogniu żądań partii pomniejszych, w tym i ortodoksyjnej partii żydowskiej Szas (Shas), na które Tzipi Livni zwyczajnie przystać nie mogła. Uciekła się więc do wolnych wyborów. Samoistnie narzuca się pytanie, czy wynika to z pewności siebie iż w wyborach, które odbędą się najprawdopodobniej na początku przyszłego roku Kadima zdobędzie więcej niż 29 mandatów, które posiada obecnie, czy też z woli szerzenia demokracji i oddania decyzji o stanowieniu i legitymacji władzy narodowi.

Oddać należy jednak pani Livni konsekwencje w działaniu i niezłomność przekonań. Szansa na stworzenie rządu koalicyjnego między innymi z radykałami żydowskimi z partii Szas była realna. De facto była ona już niemal pewna. Ostatecznie jednak przewodnicząca Kadimy odrzuciła ten plan stawiając na założeniach programowych swojej partii i osobistych przekonaniach, które są centro-liberalne. „Mogłabym tu dziś stać przedstawiając skład rządu. Byłam gotowa zapłacić za to pewną cenę, ale nie jestem gotowa, aby obciążyć przyszłość Izraela” – skwitowała swoją decyzję o odrzuceniu postulatów partii Shas. Istnieje jeszcze cień szansy, że w przeciągu najbliższych trzech tygodni komuś innemu z obecnego rządu uda się sformować koalicję, aczkolwiek jest to mało prawdopodobne, prawie nierealne.

Izraelczyków czekają teraz miesiące walki o władzę. Można się zatem spodziewać publicznego prania brudów, wyzwisk i innych kruczków, które powoli stają się normą w dzisiejszym świecie polityki. Czy partia Tzibi Livni ma szansę na zwycięstwo w wyborach? Z pewnością. Tym bardziej, że dla nieortodoksyjnej ludności Izraela pani minister spraw zagranicznych jest jedną z nielicznych szans na rozwiązanie sprawy Palestyny beż użycia broni i rozlewu krwi cywilów na czym szczególnie zależy Zachodowi. Swoja drogą, to właśnie kwestia Palestyńczyków stała się języczkiem u wagi w żądaniach partii Szas, które są nie do zaakceptowania dla liberałów. Może więc należy się cieszyć, że nie uwzględniono ich żądań zawierających postulaty anty palestyńskie? Mimo wszystko wolę się łudzić, że gdzieś tam na Bliskim Wschodzie zwyciężył dziś rozsądek i demokracja nad własnymi celami i przyziemną potrzebą zaistnienia. Uważam, że to cenne zwycięstwo demokracji, które może stać się przykładem dla innych państw, tak sąsiednich jak i tych bardzo odległych.