Socjalizm emisyjny

Wzrost cen energii elektrycznej nie jest na rękę ani odbiorcom indywidualnym ani biznesowym. Można ponieść pewne koszty, jeśli są one uzasadnione koniecznością modernizacji i rozwoju energetyki, czyli inwestowaniem w branżę celem zwiększenia mocy wytwórczych. Niestety, nie taki jest plan Unii Europejskiej, która woli pobierać opłaty za „prawa do emisji”.

Zdjęcie:  Guilherme Cecílio/Flickr
Zdjęcie: Guilherme Cecílio/Flickr

Europejski System Handlu Emisjami to nic innego jak pobieranie haraczu od przemysłu i energetyki z myślą o tym, że firmy zostaną zmuszone do inwestycji w bardziej „zielone” technologie, co sprawi, że emisje będą mniejsze w przyszłości. Obecnie trwa walka rządów z Komisją Europejską o to, jak dużo praw do emisji zostanie przyznanych poszczególnym państwom oraz jak ominąć niewystarczającą ilość uprawnień. Polska znajduje się w awangardzie walki z Komisją argumentując, że 90 procent energii wytwarzane jest z węgla.

Nie będę zagłębiał się w technikalia, gdyż nie jestem specjalistą. Uważam jednak, że cały pomysł na handlowanie prawem do emitowania gazów cieplarnianych jest zupełnie pozbawiony sensu. Pomijam kwestię, że tylko Europa z większych graczy (USA, Indie czy Chiny ani myślą podążać śladem Brukseli) zamierza zmusić swoje firmy do płacenia za emisje. Istotne jest to, że opodatkowujemy nasz przemysł i energetykę w sposób, który nie przyniesie nam wiele dobrego.

Wyższe rachunki za prąd to tylko początek bólu głowy zwykłego obywatela. Jako konsument poniesie on także koszty związane z zakupem droższych produktów. Biznes z jednej strony będzie musiał płacić za prawo do emisji ponad limit, a z drugiej ma jeszcze inwestować w zakup, rozwój i wdrażanie ekologicznych technologii. Koncepcja zaiste ciekawa i zakładająca, że przedsiębiorcy mają kieszenie pełne pieniędzy.

Nie jest ważne, czy firmy zdecydują się na „emigrację” do państw, w których emisje nie są obarczone dodatkowymi kosztami. Takie zagrożenie istnieje, ale firmy przenoszą produkcję już teraz i będą przenosić ją w przyszłości. Istotne jest to, że UE zabiera się do rozwiązania problemu w najgorszy z możliwych sposobów, pełna wiary, że socjalistyczny centralizm i nakazowość odniosą zakładany skutek.

Obarczenie firm koniecznością wyłożenia dość sporych pieniędzy za coś, co do tej pory było darmowe oznacza, że koszty przerzucone zostaną w dużej mierze na konsumentów. Częściowo poniosą je same firmy, co sprawi, że mniej funduszy przeznaczą na inwestycje i modernizację. Zamiast stworzenia kompleksowego mechanizmu zachęt do wprowadzania bardziej ekologicznych rozwiązań wprowadza się nic innego jak system nakazowo-rozdzielczy, który z daleka pachnie centralizmem. Odnoszę wrażenie, że tworzy się niepotrzebnie problem, który trzeba będzie później rozwiązać. Kto czytał „Wolny wybór” Friedmana wie, jak to wygląda i czym się kończy.

Mówiąc wprost, płacenie za prawo do emisji do skrajna głupota. Zabieranie pieniędzy konsumentom i przedsiębiorstwom ze szczytną ideą ochrony środowiska to także grabież i marnotrawstwo. Najpierw pieniądze się zbiera do jednego worka, a potem rozdysponowuje na – i tu właśnie pojawiają się pytania: na co? Komu? Na jakich zasadach? Czy nie będzie z tymi pieniędzmi tak, jak z polską opłatą drogową będącą częścią ceny paliwa na stacji benzynowej – czyli płacenie za nie wiadomo co.

O wiele lepszym rozwiązaniem są zachęty podatkowe, fundusze i granty dla firm i instytucji, które są w stanie podjąć się opracowania i implementacji nowych technologii. W ten sposób koszty społeczne walki z globalnym ociepleniem będą dużo mniejsze, a sam proces będzie o wiele bardziej transparentny i prosty. Nie ma sensu tworzenie skomplikowanych systemów, będących efektem kompromisu pomiędzy 27 państwami o odmiennych interesach. Można i należy i redukować emisje, ale zamiast centralizmu i socjalizmu lepszy jest wolny rynek i inicjatywa zainteresowanych. Dlaczego Stany Zjednoczone są mekką dla wszelkiej maści naukowców i krajem, który przoduje w rozwoju technologicznym? Dlatego, że rząd federalny i stanowy systemem nakazowym zmuszają firmy do prac badawczych? Samo postawienie takiej odpowiedzi, nawet opatrzonej znakiem zapytania na końcu, zakrawa na absurd.

Trochę więcej wolności i zachęt, mniej politycznego mieszania i propagandy. Zmniejszanie emisji wcale nie musi być bardzo kosztowne. Problem został zidentyfikowany, jednak podjęto błędną decyzję o sposobie naprawienia sytuacji. Rozumiem, że biurokratom w Brukseli i kilku państwach członkowskich oraz niektórym ekologom jest wszystko jedno, czy podatnicy zapłacą za coś raz czy dwa razy (nie mówiąc o zysku), ale podatnicy nie muszą poddawać się dyktatowi eurosocjalistów. Wszystko należy załatwić z głową i rozsądnie, aby koszty były jak najmniejsze, a zyski jak największe. Wprowadzanie systemu handlowania emisjami to czysty socjalizm, a ten jak powszechnie wiadomo, nigdy dobrze nie zadziałał.

Piotr Wołejko