Kanada, a USA: sąsiad, którego nie było

Opublikowana z końcem lipca bieżącego roku, a wspomniana przez Artura Makolągwę Narodowa Strategia Obrony USA zawiera rażące braki i uchybienia. Stany Zjednoczone Ameryki, co prawda na papierze jak na razie tylko, spuszczają nieco z tonu przechodząc do praktykowania globalnej polityki pod hasłem „soft power„. Już sam ten fakt godny jest uwagi szczególnie, gdy przyrównamy go do imperialnych zapędów USA wyrażonych w analogicznym dokumencie z 2002r. Podkreślam jednak, że na papierze, bo rzadko kiedy Żandarm Świata kieruje się tymi przesłankami w praktyce, co więcej, ewentualny wybór Johna McCaina na prezydenta USA w listopadowych wyborach chyba na dobre umiejscowiłby termin „soft power” jedynie na archiwalnych pułkach pośród ton kurzu i niechętnych spojrzeń.

Zdjęcie: Flickr/saigneurdeguerre
Zdjęcie: Flickr/saigneurdeguerre

Co do braków w treści dokumentu NDS (National Defence Strategy) najbardziej zastanawiającym z mojego punktu widzenia jest brak Kanady wśród sojuszników. W każdym bądź razie nie jest wymieniona z nazwy. Stany Zjednoczone mają tendencję do szukania sobie odległych sojuszników rozsianych po całym globie, zapominając o ogromnym państwie, które z nimi graniczy. Kanada ponadto jest Stanów naturalnym sojusznikiem, a dzięki konserwatystom, którzy 14 października, czyli ledwie przed kilkoma dniami ponownie objęli stery władzy w państwie, pragną wyjść z izolacji i zwiększyć swoją aktywność na arenie międzynarodowej.

W ogóle, jeśli chodzi o kwestię sojuszników to oceniam dokument NDS jako bardzo niewdzięczny. Afganistan, Iran, tarcza antyrakietowa… Gdzie są wymienione państwa, które pomogły USA w tych najazdach, z których przynajmniej jeden był bezprawny, niechciany przez większość społeczeństw i po wydarzeniach z Abu Ghraib rugany przez każdego obywatela o szerszych horyzontach niż własne cztery ściany? Ameryce nie jest już tak łatwo jak dawniej bezkarnie podbijać niepodległe państwa ze względu na masowe media, w pewnym sensie niezależne, które rozliczają się z tego typu aktami przemocy i samowoli politycznej. Jeśli dodać do tego malejącą ignorancję ludzi na globalne problemy i większą świadomość otaczającego nas świata, to mamy sytuację, w której Stany mają niewielkie pole manewru. Tym bardziej powinny więc Stany zabiegać o naturalnych sojuszników, takich jak chociażby Kanada.

Poza naturalnymi sojusznikami, USA ma także naturalnych wrogów. Kryzys ekonomiczny, który ma całkiem spore szanse rozprzestrzenić się na terytorium rządzone dziś przez petrodolara może wywołać ogólnoislamski bunt. Weźmy taką Arabię Saudyjską. Kryzys naftowy, czy jakikolwiek inny kryzys, który spowoduje wzrost ubóstwa będzie już tylko oliwą dolaną do ognia wielomilionowego tłumu prostych ludzi chcących obalić monarchię, po obaleniu której rządy przejmie ochlokracja i cały zlepek wszystkiego co prymitywne i najgorsze gnany do przodu nienawiścią i antyzachodnią propagandą. W Iranie pozycja prezydenta Ahmedineżada też nie jest wcale pewna w przypadku, gdyby kryzys rozprzestrzenił się na ten region świata. A wtedy co? Powtórka z rozrywki i teokracja niehamowana już zupełnie niczym? Wtedy malutki, acz waleczny Izrael może po prostu nie wystarczyć do utrzymania względnego spokoju na Bliskim Wschodzie. Ale na tym nie koniec. Drugim zagłębiem petrodolara jest Ameryka Łacińska z Wenezuelą na czele. Kto wie, czy i tam kryzys się nie rozprzestrzeni, a ze względu na to, iż większość kontynentu jest w swej ideologii politycznej czerwona jak cegła, nie będzie więc problemem sprzymierzyć się wówczas przeciwko wspólnemu wrogowi, jakim są Stany Zjednoczone.

Stephen Harper, premier Kanady, który ponownie stanął teraz na czele rządu pragnie zbliżenia z USA. Wyciąga jednoznacznie rękę do wiecznie nabijającej się ze swego północnego sąsiada Ameryki. Pewnej analogii można się zresztą spodziewać, gdy nieco kulejący ostatnio rząd Wielkiej Brytanii zastąpiony zostanie rządem konserwatystów. Tylko, czy pomni na amerykański brak wdzięczności Brytyjczycy będą chcieli pomóc Stanom w wypadku wojny, czy też innego kryzysu?

Amerykanie mają niebywały talent do odtrącania od siebie sojuszników, szczególnie tych silnych jak Niemcy, czy Francja. Trudno się zresztą dziwić jeśli notorycznie blokują poprzez veto uchwały ONZ niosące faktyczną równość na świecie. Stany są ponad tym. Ponad równością, jak w słynnym powiedzeniu o równych i równiejszych. Natomiast kraje słabe, w tym i Polska, latają wokół Ameryki jak małe satelity, kurczowo trzymając się matczynej spódnicy, ponieważ czują się przy tej potędze bezpieczne. Tylko z kolei, czy w interesie Ameryki będzie angażować się w pomoc, w przypadku agresji Rosji, Iranu, czy Chin na któregoś z amerykańskich sojuszników w odległej Europie, która nie posiada takich złóż ropy jak kraje Ameryki Łacińskiej, czy Zatoki Perskiej? Polityką rządzą interesy poszczególnych krajów, co wiadomo nie od dziś. Każdemu sojusznikowi w obustronnej wymianie sojuszów musi się opłacać pomoc. Czy tarcza antyrakietowa jest wystarczającą kartą przetargową? Nie chciałbym musieć się  o tym przekonywać ani za swojego życia, ani za życia moich potomków. Dzieje świata i tak mocno już sfatygowały nasz kraj, tak niefortunnie położony między różniącymi się diametralnie osiami kultury wschodu i zachodu.

Wracając jednak do głównego wątku, gdy w w 2006r. Konserwatywna Partia Kanady wygrała wybory do parlamentu z hasłem „Stand up for Canada”, a jej przewodniczący Stephen Harper stanął na czele rządu jawiła się iluzoryczna szansa na polepszenie stosunków pomiędzy Ameryką i jej sąsiadem. Konserwatyści bowiem mocno wierzyli, że głosząc hasła otwartości na świat i jego politykę, zbliżenia do USA i zwiększenia nakładów na zbrojenia, stanął się w oczach południowego sąsiada godnym sojusznikiem. Dziś sytuacja się niemalże powtarza. Przedwczesne wybory parlamentarne znowu wygrywa Konserwatywna Partia Kanady głosząc te same niemal hasła co przed dwoma laty. Abstrahując od tego, iż poparcie dla konserwatystów spadło na tyle, że liczba zdobytych mandatów nie pozwoliła na utworzenie rządu większościowego, to jednak wielka Kanada jest dziś krajem praktycznie nie liczącym się na geopolitycznej szachownicy. Coś, gdzieś poszło nie tak. Kto wie, może gdy Stany dojrzeją do tego, aby zauważać rzeczy małe, albo może raczej wielkie, które ma tuż pod nosem… Może gdy zamiast czubka własnego nosa zacznie widzieć to, co znajduje się tuż obok? Oczywiście wzajemna potrzeba obydwu tych państw jest niewspółmierna. Kanada potrzebuje Stanów żeby zaistnieć, żeby się pokazać i zostać zauważoną. Potrzebuje światowego kryzysu i konfliktu żeby móc się pokazać. Afganistan, owszem, ale to za mało. Co będzie więc dalej z kontynentem Ameryki Północnej? A może Stany celowo ją izolują chcąc zachować hegemonię w regionie? Byłoby to dość niepoważne zważywszy, że Kanada nie jest dla USA żadnym zagrożeniem nawet w najśmielszej teorii obłąkanego umysły ze skrajnej, kanadyjskiej prawicy.

Doprawdy ciężko jest wyrokować i gdybać, co się stanie w najbliższych latach ze stosunkami, jakie zarówno łączą jak i dzięlą USA i Kanadę. Zbyt wiele jest niewiadomych. Kto zostanie prezydentem USA, jaki kształt przyjmie mniejszościowy rząd Kanady, jakie w najbliższym czasie czekają nas globalne utarczki, wojny i problemy, i czy pomoc Kanady ostatecznie będzie potrzebna? Czy będzie chciana, zauważona i doceniona? Czy sateliccy sojusznicy pokroju Polski, Czech, a może nawet Turcji, ale ją już ciężko nazwać satelicką, zostaną docenione, a jeśli tak to w jaki sposób? Swoją drogą, niemy krzyk Kanady nie powinien zostać zignorowany, bo jej bezradność na dobrą sprawę ukazuje zawoalowane kruczki, sznureczki i mechanizmy współczesnej polityki międzynarodowej tak skrzętnie ukrywanej na codzień pod płaszczem dyplomacji i telewizyjnych uśmiechów.