Rosja w ofensywie

Mimo, że wojna gruzińsko-rosyjska na szczęście nie przerodziła się – jak prorokowali niektórzy eksperci – w nową Zimną Wojnę, rosyjska ofensywa w polityce światowej trwa nadal. Czy głośno komentowane rosyjsko-wenezuleskie wspólne manewry morskie (10-14 listopada br.) są początkiem jeszcze bardziej aktywnej polityki zagranicznej Kremla?

Polityka zagraniczna Federacji Rosyjskiej to jeden z największych fenomenów dzisiejszego świata – dzięki dobrze przygotowanej mieszance groźnych pomruków, obietnic dostępu do dużych złóż surowców kopalnych i zwykłej bezczelności, rosyjskim dyplomatom udało się wywalczyć niewspółmiernie mocną (w stosunku do potencjału Rosji) pozycję swojego kraju we współczesnym świecie. Przemyślana i dobrze prowadzona polityka zagraniczna pozwala państwu, które według wszelkich właściwie kryteriów powinno być klasyfikowane jako nierozwinięte (tak gospodarczo, jak i społecznie czy politycznie) na odgrywanie roli światowego mocarstwa, mimo iż nie posiada ono koniecznych do tego zasobów materialnych.

Oczywistym jest fakt, że Rosja pozostaje głównym rozgrywającym w strefie tzw. swojej bliskiej zagranicy, co potwierdza zarówno wojna z Gruzją, próby mocniejszego związania ze sobą Ukrainy i Białorusi, jak i jej polityka wobec państw Kaukazu i Azji Centralnej. Można nie akceptować metod, którymi posługuje się Kreml w celu zapewnienia sobie „przyjaźni” tych państw, lub choćby części ich społeczeństw, ale bez wątpienia sama chęć budowy przyjaznego środowiska międzynarodowego w swym najbliższym otoczeniu jest naturalną potrzebą każdego chyba państwa.

Na tym jednak nie koniec – Rosja zaczyna myśleć i działać globalnie. Wspomniane wcześniej manewry z marynarką Wenezueli wpisują się w szerszy kontekst polityki w tej „dalszej zagranicy”. Sojusz z Hugo Chvezem być może nie przynosi Rosji tak wielu korzyści geostrategicznych, jak mogłoby się wydawać, ma jednak silne znaczenie symboliczne. Oto, po raz drugi w historii, Rosja tak mocno wkracza w tradycyjną strefę wpływów Stanów Zjednoczonych – zachodnią hemisferę, jednak tym razem, w odróżnieniu od poprzedniej próby zakończonej kryzysem kubańskim, strategia Kremla jest mniej konfrontacyjna i – jak się wydaje – bardziej długofalowa. Ostatnie porozumienia w sprawach energetyki naftowej i gazowej, a być może także współpraca w zakresie energii atomowej, oraz kontrakty zbrojeniowe to tylko część kilkuletniego już mariażu Caracas z Moskwą i, co nie mniej ważne, zapewne jedynie preludium do dalszego pogłębienia kooperacji. A wszystko to w imię jakże różnie pojmowanego przez Chaveza i tandem Putin-Miedwiediew antyamerykanizmu.

Ameryka Łacińska to nie jedyny kierunek ekspansji wpływów rosyjskich, drugim jest bowiem – równie ważny dla amerykańskiej polityki bezpieczeństwa – Bliski Wschód i rejon Morza Śródziemnego. Tradycyjnym sojusznikiem Kremla jest tutaj Syria i to właśnie ona ma wziąć na siebie ciężar całej operacji, której pierwszym zwiastunem może być porozumienie w sprawie bazy morskiej w Tartusie, drugim co do wielkości porcie na syryjskim wybrzeżu. Obecnie trwają prace renowacyjne, mające na celu przystosowanie byłej radzieckiej bazy zaopatrzeniowej do nowych zadań, z których najważniejszym może okazać się zastąpienie bazy w Sewastopolu, gdyby Rosji nie udało się przedłużyć pobytu Floty Czarnomorskiej na Krymie po roku 2017, gdy wygaśnie obecna umowa w tej sprawie. Nie dziwne więc, że oba państwa od kryzysu gruzińskiego stale zacieśniają współpracę w tej dziedzinie – dla obu może okazać się niezwykle ważna. O jej znaczeniu świadczyć zaś może fakt, że to właśnie do bazy w Tartusie ma zawinąć część jednostek płynących na manewry na Morzu Karaibskim, w tym i jeden z najnowocześniejszych krążowników w rosyjskiej flocie – Piotr Wielki. Przyjaźń Syrii z Rosją może wpłynąć destabilizująco na wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego, bowiem już teraz – nie mając właściwie żadnych gwarancji ze strony Kremla – prezydent Baszar al-Assad już jakiś czas temu skoncentrował poważne siły zbrojne niedaleko granicy z Libanem i Izraelem; być może to jedynie demonstracja siły, ale niewykluczone, że Syria w najbliższym czasie zdecyduje się na siłowe zajęcie okupowanych przez Izrael Wzgórz Golan (choć raczej nie spodziewałbym sie ataku w Jom Kipur – czyli dziś w nocy, ponieważ Izrael został już zaalarmowany).

Drugim ważnym elementem polityki bliskowschodniej Rosji jest szeroko zakrojona współpraca z Iranem. Przez lata świat łudził się – jak bardzo przytomnie zauważył Piotr Wołejko – że dzięki pomocy Rosji uda się opanować atomowe ambicje ajatollahów. Dziś złudzeń nie ma już chyba nikt. Od dłuższego czasu mówiło się o rozmowach rządu w Teheranie ze swoimi odpowiednikami w Moskwie w sprawie kupna przez Iran zaawansowanego systemu oborny przeciwlotniczej S-300 produkcji rosyjskiej. Niektóre źródła podają, że transakcja ta jest bliska już finalizacji. Eksperci oceniają, że gdyby do niej faktycznie doszło, szanse Izraela na zniszczenie irańskich domniemanych obiektów atomowych spadłyby niemal do zera. Zresztą, nie tylko Iran ma być ich odbiorcą – niemal na pewno trafią one także do Syrii, gdzie przecież ma stacjonować rosyjska flota.

Co takiego stało się ostatnio, że Rosja zaczęła prowadzić bardziej agresywną politykę? Przecież jeszcze do niedawna Kreml, choć bez wątpienia miał ambicje globalne, nie decydował się aż tak mocno zaangażować w światową politykę: wystarczało mu, że był uznawany za jedną z najważniejszych sił kształtujących porządek międzynarodowy, a co za tym idzie – liczono się z jego zdaniem przy podejmowaniu kluczowych dla świata decyzji. Nigdy jednak Rosja – ani za czasów rządów Borysa Jelcyna, ani nawet podczas prezydentury Władimira Putina – nie starała się przejąć inicjatywy  w tej sferze. Co więc pcha Rosję do gry o znacznie wyższą stawkę?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta: Rosja poczuła, że pozimnowojenny ład międzynarodowy zaczyna się łamać, a wraz z nim jego największy symbol – Stany Zjednoczone. Choć dopiero ostatnie miesiące ostatecznie pokazały realną słabość USA, oznaki kryzysu widać było już od kilku lat. Rok 2001 pokazał, że nawet taki gigant jak Stany nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom na własnym terytorium, zaś operacje w Afganistanie i Iraku utrwaliły pogląd, że Dawid – w postaci niewielkich grup partyzantów czy fundamentalistycznych terrorystów – może tego giganta związać na wiele lat wyniszczającą walką o każdy kilometr kwadratowy własnego terytorium. Wojny te nie tylko obaliły mit niemal niezwyciężonej Ameryki, a więc miały znaczenie symboliczne, ale także faktycznie osłabiły polityczną, ekonomiczną i moralną pozycję Stanów Zjednoczonych na świecie. Obecny kryzys na rynkach finansowych potwierdził tylko to, co było wiadome od pewnego czasu: era jednostronnej dominacji USA na świecie kończy się, a o tym, kto zajmie ich miejsce (jeśli się jakiemukolwiek państwu to uda) zadecyduje najbliższe dziesięciolecie. Rządzącymi jednymi państwami (Chiny) zrozumiały to stosunkowo wcześnie, inne nieco później (Rosja), podczas gdy inni pretendenci nie wiedzą, czy w ogóle powinny podjąć to wyzwanie (Unia Europejska).

Rosja, choć dotychczas była zainteresowana utrzymaniem staus quo, zdecydowała się działać bardziej agresywnie niż robiła to dotąd. Pierwsze oznaki tej polityki widać było choćby na monachijskiej konferencji w sprawie bezpieczeństwa z lutego 2007 roku, gdy Putin bardzo ostro skrytykował – poniekąd słusznie – działania USA na początku XXI wieku. Debaty nad kolejnymi rundami sankcji nakładanych na Iran czy bukaresztański szczyt NATO z kwietnia 2008 roku potwierdziły że Rosja coraz aktywniej włącza się w coraz bardziej wartki nurt polityki globalnej. Szczególnego tempa tej przemianie polityki zagranicznej Rosji nadało zastąpienie Władimira Putina Dmitrijem Miedwiediewem: ten pierwszy najwyraźniej poczuł, że bezpośrednia odpowiedzialność spadła z jego barków na plecy nowego prezydenta, co mogło jeszcze dodatkowo go zachęcić do obrania bardziej konfrontacyjnego kursu wobec Zachodu. Ostatnim – jak na razie – akordem tej polityki była wojna w Gruzji oraz zacieśnienie współpracy z państwami wrogimi USA: Wenezuelą, Syrią i Iranem.

Dziś najważniejszym problemem dla świata Zachodu jest to, w jaki sposób tak włączyć „nowe-stare” potęgi (czyli Rosję i Chiny) do głównego nurtu światowej polityki, aby stały się odpowiedzialnymi  jej współtwórcami. Niestety, na razie nie zanosi się na to, by oba te państwa zdecydowały się przejąć  choćby część odpowiedzialności z rąk chwiejących się Stanów Zjednoczonych.  Duet Putin-Miedwiediew wyczuł, w którą stronę wieje obecnie wiatr (abcnews.com) i będzie się trzymał tego kursu, dopóki nie osiągnie swoich celów – zajęcia obecnej pozycji USA w najlepiej nadal monocentrycznym porządku światowym.