Oko za oko, ząb za ząb

Starym bliskowschodnim sposobem, Iran stara się dać do zrozumienia Izraelowi, że ewentualny atak na jego instalacje nuklearne nie pozostanie bez odpowiedzi.

Wczoraj w północnym Iranie rozpoczęły się trzydniowe manewry lotnictwa wojskowego państwa ajatollahów. Co ciekawe i nieprzypadkowe, są one niemal lustrzanym odbiciem izraelskich ćwiczeń z czerwca: dystans, jaki mają przelecieć irańskie samoloty wynosi około 2,500 km, co odpowiada odległości, jaką miałyby do pokonania w przypadku ataku na terytorium Izraela oraz powrotu znad niego, zaś podstawowym celem jest zniszczenie obiektów naziemnych. Co więcej, weźmie w nich udział około 100 samolotów (bojowych i wsparcia), co także odpowiada liczbie maszyn użytych przez Izrael w czerwcu.

Gdy w Izrael przeprowadził zakrojone na niezwykle szeroką skalę manewry lotnicze, nikt nie miał cienia wątpliwości, że miały one jak najwierniej odzwierciedlać warunki nalotu na irańskie obiekty nuklearne. Ich zadaniem było nie tylko sprawdzenie własnych możliwości bojowych, ale przede wszystkim wywołanie efektu psychologicznego: Izrael pokazał, że nie zawaha się użyć siły, aby sprawę programu nuklearnego Teheranu zakończyć w najbardziej dla siebie pomyślny sposób. Tym razem jest dokładnie tak samo: choć sam fakt przeprowadzania manewrów nie jest w najmniejszym nawet stopniu niezwykły, wszystkie towarzyszące im okoliczności wskazują na podobne, co w przypadku ćwiczeń lotnictwa izraelskiego, motywacje: pokazanie gotowości do obrony własnych interesów i zdecydowania w ich realizacji. Cele militarne mają w tym wypadku znaczenie drugorzędne, tym bardziej, że lotnictwo Iranu złożone jest głównie z przestarzałych maszyn kupionych w większości w USA jeszcze za czasów szaha, które na domiar złego nie są odpowiednio serwisowane ze względu na wieloletnią izolację Iranu.

Wojna psychologiczna trwa zatem nadal, a manewry te są jej kolejnym rozdziałem. Pierwszym była natychmiastowa odpowiedź Iranu na czerwcowe ćwiczenia Izraela, w postaci nie do końca udanych testów rakiet balistycznych Szahab-3 (aby zatuszować problemy techniczne wynikłe podczas ćwiczeń, zdjęcia z ich odpalenia zostały zretuszowane), a kolejnymi – coraz bardziej agresywna retoryka z obu stron barykady.

Przez lato nie cichły spekulacje o ewentualnym ataku, a obie strony nie szczędziły sobie rozmaitych, mniej lub bardziej zakamuflowanych, gróźb, jednocześnie przygotowując się do spodziewanego konfliktu. Jak napisałem na początku lipca, ta pełzająca wojna nigdy nie weszła (i zapewne nie wejdzie) w stadium klasycznego konfliktu zbrojnego, a obie strony poprzestaną jedynie na straszeniu przeciwnika oraz wspieraniu procesów, które mogłyby zaszkodzić oponentowi. Dla Izraela niewątpliwie takim procesem jest zbliżenie Libanu i Syrii (oba państwa ostatnio ponownie nawiązały ze sobą, zerwane w 2005 roku, relacje dyplomatyczne), dla Iranu – szybko spadająca cena ropy naftowej, która, jak już starałem się dowieść, może być gwoździem do trumny ultrakonserwatystów skupionych wokół Ahmedineżada.