Odmienne stany popkultury

Kylie Minogue jest jak Republikanie, Readiohead jak Demokraci. Każdy wie, że Demokraci są fajniejsi, ale większość i tak głosuje na Republikanów – miał powiedzieć po ostatnich wyborach prezydenckich Moby. Oczywiste jest, że gdyby prezydenta mieli wybierać artyści i członkowie bohemy, to każde wybory bezdyskusyjnie wygrywaliby Demokraci. Takie są wybory popkultury.

Obama is a Spiderman, McCain is a Batman

Oskarżony: Barack Obama. Zarzut: bezprecedensowe gwiazdorzenie. Wyrok: winien!

Co prawda McCain lubi słuchać ABBY i wie kto to Paris Hilton, ale pawia ze starego jastrzębia już nie zrobisz. Te wybory w kontekście kultury popularnej wygrał zdecydowanie Obama, który nawet jak na kandydata wielbionych Demokratów okazał być się wyjątkowy. Jemu swoją czerwcową (a wcześniej marcową) okładkę poświęcił wpływowy Rolling Stone, podpisujący zdjęcie senatora słowami nowa nadzieja. A w środku to już sam miód. Bob Dylan, Bruce Springsteen i jeszcze kilku przedstawicieli starszego pokolenia zauważyło i postanowiło docenić talenty Baracka podpisując się pod słowami: Pojawił się człowiek o cechach i podejściu, którego potrzebujemy, gdy mówimy „prezydent”. Rezygnujący z polityki strachu, szczerze wyrażający się o najbardziej palących kwestiach i trzymający się swoich zasad.

Barack Obama

Tego czego nie zauważyli starsi, to fakt, że Obama jest czarny. Idea czarnego człowieka w Białym Domu z miejsca przypadła do gustu chłopakom z klitki, co wpędziło Obamę w pewne kłopoty. Bo niby jak wytłumaczyć starszemu białemu wyborcy słowa piosenek niektórych raperów, takie jak choćby Obama is here, Bush is mentally handicapped i Hillary hated on you, so that bitch is irrelevant?

Obama musiał się odcinać, od tych wyborców – artystów szafujących postawą gangsta, czyli tak, jesteście zdolni, ale zachowaliście się nieładnie. Szczęściem niezawodne wciąż pozostają gwiazdy z wyższej półki. Scarlett Johansson wyjąca w piosence Yes we can, George Clooney obściskujący Obamę. Zapożyczone gesty od Jay – Z. Proszę państwa show biznes ma swojego prezydenta!!! Ba, mamy muzę! – kultura hip – hopu pokochała Obamę z wzajemnością.

Kandydat Demokratów za sprawą artysty Rona Englisha bardzo szybko stał się również inspiracją dla pop artu. Obama – Lincoln wywołał tyle samo głosów zachwytu, co oburzenia. Bo czy to wypada żółtodzioba łączyć z mężem stanu?

Przez te klika miesięcy kampanii wyborczej, wydawało się, że wiele gwiazd nie ma nic lepszego do roboty jak wspierać swojego kandydata – Baracka. W pewnym momencie do kampanii została nawet wciągnięta Paris Hilton, która niemal w wyborach wystartowała i odgrażała się, że gdy wygra, Biały Dom przemaluje na różowo.

Zastanawiające jest więc co się stanie, gdy Obama prezydentem zostanie, lub też nie. Z jednej strony euforia, ale też nuda, bo na kogo będzie pluł hip – hop skoro na górze jest ich człowiek. Przeciwko komu będzie występować kino politycznie zaangażowane? I czy opłacać się już będzie folkowcom pisać protest songi? Paradoksalnie kultura zaangażowana w wypadku zwycięstwa Obamy może przejść przez pewne delirium. Odwrotnie, jeśli prezydentem zostanie McCain to czy popkultura może się wzbogacić? Kultura amerykańskiego punk rocka, podobnie jak hip – hopu rozkwitła na zachodnim wybrzeżu za czasów konserwatywnego Nixona, a najlepszym i najbardziej zaangażowanym dla nich okresem były rządy Regana. Homoseksualna rewolucja i czasy świetności Warholowskiej Factory również przypadają na ten okres. Za Busha Juniora przeżyliśmy renesans folku i protest songu. Im trudniejsze dla artysty czasy, tym lepsze dla kultury. Zapewne więc Obama – prezydent wszystkich artystów, nie będzie dobrym prezydentem dla popkultury.

Marcin Świerczek