Nudny Obama, niemrawy McCain

Karty w Stanach Zjednoczonych są – na dzień dzisiejszy – rozdane. John McCain i Barack Obama boją się poważniej zaatakować przeciwnika. Doskonale było to widać w czasie niezwykle nudnej debaty prezydenckiej. Jeżeli ktoś spodziewał się, że warto tego dnia było nie spać, to odpowiem – lepiej było odpłynąć w krainę snów. Przynajmniej można było mieć nadzieję na jakąś przyjemną fantazję.

Tak naprawdę taki stan rzeczy jest bardzo nie na rękę McCainowi. Sondaże wskazują, że jest w dużo gorszym położeniu niż Obama. Pytanie, jak chce zniwelować róznicę? Być może liczy, że Obama jest przeszacowany. Nie można tego wykluczyć, ale nierozsądne jest takie zakładanie. Sztabowcy Busha 4 lata temu wymyśili metodę uderzania w najmocniejsze, a nie najsłabsze punkty przeciwnika. W ten sposób za pomocą plotki zdyskredytowano bohaterstwo Johna Kerry’ego. Sztab demokratów odrobił tę lekcję i już pojawiały się informacje, że tak naprawdę John McCain w Wietniamie nie zrobił nic wielkiego. Obama jest wdzięcznym obiektem do ataku. Nie ma doświadczenia, można zarzucić mu lenistwo i brak wyrazistych poglądów. Czarnoskóry kandydat jest PR-owym balonem bez powietrza w środku.. Realizuje słowa Stanley’a Baldwin’a o tym, że lepiej być pływającym oportunistą, aniżeli tonąć z niezłomnymi zasadami u szyi.

W przepychance typowo oratorskiej McCain jest bez szans. Nie umie przemawiać tak dobrze, jak Barack Obama. Nie ma tego typu populistycznego magnetyzmu. Tak naprawdę do dziś nie wiem, jakie są poglądy Baracka Obamy na najważniejsze sprawy międzynarodowe czy gospodarkę. Ciągle słyszę o konieczności poprawienia tego lub owego. Zero konkretów. Niestety, McCain nie jest dużo lepszy. Mówi o obniżeniu podatków, ale nie potrafi rozsądnie wytłumaczyć, jak poradzi sobie z coraz większą dziurą budżetową, która przecież, w wyniku zmian podatkowych, się nie zmniejszy. To szczególnie niekorzystnie brzmi, jeśli wziąć pod uwagę, iż republikański prezydent, G.W Bush, przejmował państwo z nadwyżką budżetową. Od demokraty.

W samej końcówce kampanii odnieść można wrażenie, że mamy do czynienia z wydmuszkami. Kandydaci posługują się wyselekcjonowanmi przez PR-owców hasłami. Żaden z nich, tym sposobem, nie odwróci losów kampanii wyborczej. O ile jest to korzystne dla Obamy, o tyle McCain musi końcówkę zdecydowanie wygrać. W 80 minucie przegrywa 0:1, a Obama gra z przewagą jednego zawodnika. Brakuje zagrań tego typu, jak klip z Joe Biden’em, w których mówi on w pozytywach na temat potencjalnej prezydentury McCaina. McCainowi trudno zarzucić brak charakteru. Wielokrotnie głosował przeciwko swojej partii w sprawach, które uważał za niezwykle istotne. Z kolei Barack Obama znany jest z tego, że głosuje głównie po to, aby wykazać się obecnością. Obama uważa, że posiadanie wyrazistego poglądu jest niekorzystne, bo zraża osoby o innej opinii. Przekaz powinien być jasny – prezydentem Stanów Zjednoczonych nie może być człowiek bez poglądów. Republikanie nie potrafią dobrze przygotować McCaina do debaty.

To wszystko jest jak w serialach „Beverly Hills 90210” i „Słoneczny Patrol”. Barack Obama jest Brandonem i Mitchem w jednym. Szkoda, że rzeczywistość nie jest filmem. Mitch może znał się na wszystkim, ale w realiach wyreżyserowanych. David Hasselhoff, w świecie rzeczywistym, obecnie ma ponoć problemy z alkoholem. Obama Girl jest właśnie takim Brandonem. Tak właśnie może wyglądać prezydentura Obamy. Doskonale na klipach, ale nie wyobrażam sobie podróży Obamy do Moskwy i twardych negocjacji z Putinem. Johna McCaina już w takiej roli widzę prędzej. Sztab republikański nie potrafi wykorzystać tego atutu. Zamiast tego skupia się na tym, aby utrzymać obecny elektorat (nominacja dla Sarah Palin) i zachęcić ludzi o poglądach bliższych centrum. Dlatego McCain próbuje przekonać niezdecydowanych za pomocą wywazonych opinii. Celowy brak fajerwerków. Tylko, że niewykorzystana jest największa zaleta McCaina. Jeśli ktoś może okazać się mężem stanu, to tylko on. Barack Obama będzie się przecież opierał na osądach swoich doradców.

Różnicę, którą mógłby wykorzystać sztab McCaina, leży również w pewnych cechach charakteru. Obama swoimi oratroskimi przemówieniami może przekonać społeczeństwo, ale już nie Hu Jintao, do tego, by zrobił coś z juanem. W roli męża stanu prędzej widziałbym McCaina. Udowodnił już swoją polityczną i – przede wszystkim – osobistą odwagę. Jakoś jednak nie widzę ośmieszającego klipu jak Obama przyjeżdza do Pekinu i przemawia do Chińczyków „Yes, we can”, a obok niego tańczy Obama Gril. Za to PR-owcy Obamy sprawdzają się świetnie. Nowe produkty staja się hitem na youtubie. Często są zabawne i proste, ale ich przekaz jest skuteczny. Nadchodzi zmiana, republikanie niech spadają na drzewo.

Sama debata sprowadzała się do tego schematu. Jeden i drugi coś tam mówili, ale określenie tego, kto wygrał, zależy tylko i wyłącznie od sympatii wyborcy. Obaj posługują się takim językiem, by zrozumiał ich każdy Amerykanin. W efekcie, nic nie jest omawiane w szczegółach. Co z tego, że ktoś obieca, iż „poprawi stan gospodarki”, jak nie poda realnych sposobów na osiągnięcie tego?. To tak jak swojego czasu Grzegorz Lato zapytany o program wyborczy. Powiedział, że go nie zdradzi, bo konkurencja mogłaby z niego skorzystać. Jest tylko pewna różnica. Wolałbym traktować kampanię wyborczą w Stanach Zjednoczonych trochę poważniej niż byłego króla strzelców Mistrzostw Świata.