Notatki o kryzysie

pusty portfel

Kiedy za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat historycy będą opisywać tegoroczną kampanię wyborczą w USA, spośród wpływających na jej przebieg czynników zewnętrznych na pierwszym miejscu wymienią z pewnością globalny kryzys gospodarczy. Na jego temat napisano w ostatnich miesiącach bardzo wiele, ale mimo to większość ludzi wciąż nie rozumie, co właściwie i dlaczego się stało. Być może nigdy do końca nie poznamy dokładnych przyczyn ostatnich wydarzeń. Eksperci do dziś spierają się w wielu szczegółowych kwestiach dotyczących genezy Wielkiego Kryzysu sprzed prawie 80 lat. Ale już teraz warto zwrócić uwagę przynajmniej na kilka ważnych elementów tej sytuacji.

Gdyby chcieć wszystkie niezwykle skomplikowane powody całego tego zamieszania streścić w kilku słowach, brzmiałyby mniej więcej tak: odwieczna ludzka chciwość oraz słabość państwa, którego nie zdołało jej powściągnąć.

Iskrą, od której zapaliła się światowa gospodarka, były kłopoty w jednym z sektorów amerykańskiej bankowości, zwanym rynkiem kredytów hipotecznych subprime. Czym jest kredyt hipoteczny, to wie każdy – jest to kredyt zabezpieczony nieruchomością. Osoby prywatne najczęściej biorą takie pożyczki po to, aby móc sobie pozwolić na zakup domu lub mieszkania. Zabezpieczeniem jest ta właśnie nieruchomość. Umowy kredytowe są zwykle skonstruowane tak, że jeśli pożyczający nie jest w stanie przez dłuższy czas spłacać rat, bank otrzymuje prawo swobodnego dysponowania nieruchomością (co w praktyce oznacza możliwość jej sprzedaży).

Kredyty subprime opierają się na tych samych zasadach. Różnica polega na tym, że normalnie bank starannie sprawdza zdolność kredytową pożyczkobiorcy i udziela mu kredytu tylko wtedy, gdy widzi realne szanse na jego spłatę. Mówiąc prościej, żadna rodzina nie dostanie kredytu, którego rata stanowi ogromną większość jej dochodu. Jeśli oboje małżonkowie zarabiają wspólnie 5 tysięcy złotych, to wiadomo, że nie dadzą rady normalnie żyć i jednocześnie oddawać bankowi 4500 zł miesięcznie. Banki udzielające kredytów subprime zupełnie się tym nie przejmowały. Kredytowały osoby, których zdolność kredytowa była stanowczo zbyt niska w stosunku do wysokości pożyczanej kwoty.

Dlaczego tak robiły? Bo chciały zwiększać swoją sprzedaż, choć rynek był już mocno nasycony (czyli każdy, ktoś chciał i mógł mieć normalny kredyt hipoteczny, już dawno go miał). Jaki widziały w tym interes? Przez wiele lat na rynku nieruchomości w państwach takich jak USA czy Wielka Brytania trwały ciągłe wzrosty. Bank kalkulował więc tak: „Nasz klient prawdopodobnie nie ma szans spłacić kredytu, więc prędzej czy później przejmiemy jego nieruchomość. W tym czasie jej cena pójdzie zapewne w górę, a więc i tak na tym zyskamy”. Tyle tylko, że nadszedł moment, kiedy trend się odwrócił i ceny domów zaczęły spadać. I cała kalkulacja wzięła w łeb.

Nie mając gruntownej wiedzy ekonomicznej bardzo trudno zrozumieć, dlaczego kryzys tak szybko rozlał się na cały amerykański, a potem światowy sektor bankowy. Jeżeli ktoś chciałby naprawdę dogłębnie to pojąć, zachęcam do rozpoczęcia swych intelektualnych poszukiwań od dostępnego bezpłatnie na stronie Narodowego Banku Polskiegoartykułu Łukasza Reksy z magazynu branżowego Bank i kredyt. Autor wyjaśnia tam pojęcie sekurytyzacji, które jest jednym ze słów-kluczy tego kryzysu.

Jeśli jednak nie mają Państwo czasu na tak dogłębną analizę, na poziomie podstawowym cała sprawa jest dość łatwa do wyobrażenia sobie. Zapewne część z Państwa brała lub bierze różnego typu kredyty bankowe, a może też oszczędzają Państwo na lokatach. W najprostszym modelu, bank udziela kredytów z tych pieniędzy, które zbierze jako depozyty (czyli lokaty). Jak mówią fachowcy, wielkość bazy depozytowej wyznacza granicę akcji kredytowej. Kredyty są oprocentowane wyżej od lokat i ta różnica jest źródłem zysku banku. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej złożona. Wiele banków, aby osiągnąć większe zyski, chce pożyczać swoim klientom znacznie więcej niż zebrały z depozytów. Skąd biorą brakujące środki? Pożyczają je od innych banków. To jest właśnie jeden z największych problemów, z którymi mierzą się teraz kolejne państwa. Kiedy coraz więcej banków zaczęło upadać (co oznaczało też ich niewypłacalność), automatycznie przełożyło się to straty innych banków, w których te upadłe były zadłużone. Nie chcąc wpaść po raz kolejny w tę samą pułapkę, banki bardzo ograniczyły udzielane sobie nawzajem pożyczki. Przyniosło to ogromne utrudnienia, miejscami wręcz paraliż, w funkcjonowaniu światowego systemu finansowego.

Do tego dochodzą jeszcze dwie kwestie. Po pierwsze, duża część banków udzielających kredytów hipotecznych (nawet tych zwykłych), uważała, że nie opłaca im się zamrażanie całego pożyczonego kapitału na okres jego spłaty. Bank pożyczył komuś wprawdzie milion złotych i odzyska ten milion z nawiązką w ciągu 30 lat, ale wolałby mieć większość tych pieniędzy już teraz, żeby móc nimi obracać i zarabiać na nich. To trochę jak w porzekadle o ciastku, które najlepiej mieć i zjeść jednocześnie. Temu właśnie służy sekurytyzacja – (w największym skrócie i uproszczeniu) proces sprawiający, że chociaż formalnie klient pożyczył swój milion od banku, to pieniądze te wyłożyło znacznie więcej instytucji niż tylko sam bank. Takie rozwiązanie powoduje, że kiedy klient okazuje się niewypłacalny (a tym bardziej cała grupa klientów), a sprzedaż nieruchomości objętej hipoteką nie wystarcza na pokrycie długu, traci na tym nie tylko bank, ale znacznie szersze grono.

Po drugie, w USA i Wielkiej Brytanii istniała kategoria instytucji finansowych zwanych bankami inwestycyjnymi. Pożyczały one pieniądze od innych nie po to, żeby udzielać z nich kredytów swoim klientom, lecz aby inwestować je w rozmaite instrumenty finansowe (m.in. wspomniane wyżej fundusze sekurytyzacyjne). Przyjmowały przy tym na siebie wielkie ryzyko – powszechną praktyką było, iż np. na każde 30 dolarów, którymi taki bank obracał, tylko 1 dolar należał do niego, a reszta pochodziła z pożyczek. W czasach dobrej sytuacji gospodarczej dawało to wielkie zyski, a pensje szefów banków inwestycyjnych liczone były w dziesiątkach milionów dolarów rocznie. Przyszły jednak ciężkie czasy i banki inwestycyjne poniosły ogromne straty, przy okazji pociągając za sobą swoich wierzycieli, w tym wiele banków europejskich.

Właśnie obserwujemy ogromny wysiłek państw, aby ratować z tego pożaru co się da, zwłaszcza aby nie dopuścić do utraty pieniędzy przez zwykłych ludzi, którzy złożyli swe oszczędności na bankowych kontach i lokatach. Wymaga to wydawania ogromnych sum z budżetów państw, czyli z pieniędzy podatników. Jeden z ekonomistów ujął to bardzo dobitnie i trafnie: zyski były prywatne, ale straty są publiczne.

Swoje chwile triumfu przeżywają tacy politycy jak Nicolas Sarkozy czy Angela Merkel, którzy z wyższością mówią, że to wszystko przez skrajny, anglosaski model kapitalizmu. Zapominają tylko wspomnieć o drugiej stronie tego samego medalu. Dokładnie ten sam model sprawił, że przez większość ostatnich dwóch dekad USA czy Wielka Brytania biły na głowę Francję czy Niemcy pod względem tempa wzrostu gospodarczego. To nie jest tak, że przesocjalizowany i przeregulowany system europejskiego kapitalizmu jest lepszy. Nie jest, ma zdecydowanie mniejszą efektywność i skutkuje wieloma patologiami, jak choćby niszcząca gospodarkę wszechwładza związków zawodowych czy sytuacja, w której wielu ludziom bardziej opłaca się być na wątpliwych rentach i wcześniejszych emeryturach niż pracować. System anglosaski daje dużo lepsze rezultaty, wymaga jednak kilku ważnych poprawek.

Przede wszystkim wypaczono w nim sens słowa liberalny. Liberalizm nie oznacza możliwości robienia absolutnie wszystkiego, jak czasem próbuje się go przedstawiać. Liberalizm nie ogranicza roli państwa do teatralnej dekoracji. Wreszcie liberalizm ceną za każdą wolność czyni odpowiedzialność.

Przekładając to na ekonomiczną praktykę, w systemie liberalnej gospodarki państwo nie jest graczem na rynkach (stąd nacisk na prywatyzację), ale jest ich strażnikiem i regulatorem. Europejski system bankowy właśnie dlatego zachwiał się mimo wszystko dużo mniej od amerykańskiego, bo był lepiej regulowany. Mówiąc wprost: państwa nie dopuściły, aby ich banki wzięły na siebie aż tak skrajnie duże ryzyko jak w USA. Ważne jest też, aby kiedy kurz opadnie i sytuacja znów stanie się bezpieczna, państwa sprzedały znacjonalizowane ostatnio aktywa w sposób zyskowny. Tak, aby jeśli ktoś ma długoterminowo stracić na kryzysie, to niech to będą tylko nierozważni inwestorzy. Może to będzie dla nich nauczka. Należy się jednak bardzo starać, aby wydane ostatnio pieniądze podatników prędzej czy później powróciły do budżetów państw.

Jarosław Błaszczak