Nieoczekiwana zmiana miejsc

W niedzielę rano na antenie programu publicystycznego stacji NBC pod tytułem „Meet the Press”, były Sekretarz Stanu Colin Powell udzielił oficjalnego poparcia dla kandydatury Baracka Obamy na prezydenta USA. Zdaniem liczącego dziś 71 lat emerytowanego generała „Obama jest uosobieniem stabilności, ciekawości intelektualnej oraz głębokiej wiedzy”. Tego samego dnia czarnoskóry senator prawił komplementy pod adresem Colina Powella w czasie wiecu wyborczego w Fayetteville w północnej Karolinie nazywając byłego przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów „wielkim Amerykaninem”.

Przeważnie tego typu wzajemne komplementowanie się nacechowane jest cynizmem, albo koniecznością wynikającą z metod stosowanych przez speców od public relations, czy też zwykłą tradycją polityczną. W tym przypadku sprawa jest poważniejsza ze względu na kilka dość istotnych szczegółów. Warto zaznaczyć, że Colin Powell jest republikaninem, byłym żołnierzem w randze generała, weteranem wojny w Wietnamie, który wiele lat później nadzorował operację „Pustynna Burza” podczas I wojny w Zatoce Perskiej (drugiej wojnie w Zatoce był już stanowczo przeciwny i to właśnie z jej powodu ustąpił ze stanowiska Sekretarza Stanu i pożegnał się z administracją Georga W. Busha).

Republikanie znani są przede wszystkim z konserwatyzmu, nacjonalizmu, patriotyzmu i umiłowania do broni oraz wojny. Przeciwnie zaś demokraci (w USA to w końcu odpowiednik europejskiej lewicy). Dlaczego więc Powell poparł kandydaturę Obamy? Sam zainteresowany twierdzi, że obydwu kandydatów niezmiernie ceni, ale w czasie ostatniej debaty dotyczącej finansów senator McCain wydawał się niestabilny i niepewny, co rzekomo zadecydowało ostatecznie o poparciu dla Baracka Obamy. Na tym się jednak sprawa nie kończy, ponieważ Powell nie szczędził też słów ostrej krytyki pod adresem Sary Palin, która w przypadku wygranej republikanów miałaby zostać wiceprezydentem. Wątpi on między innymi, czy Pani Palin nadaje się do roli prezydenta i czy jest na tyle odpowiedzialna i dojrzała aby tę funkcję sprawować, z czym zresztą nie sposób się nie zgodzić.

W całą tą mało dyskretną wymianę uprzejmości wtrącił się John McCain. W wywiadzie udzielonym Fox News posłodził tradycyjnie Powellowi, po czym dodał, że zaistniała sytuacja wcale go nie dziwi. Ponadto mała wojna na poparcia zdaje się McCainowi odpowiadać, bo sam szybko dodaje kto stoi za nim murem wymieniając, a jakże, czterech byłych Sekretarzy Stanu (Henry Kissinger, James Baker, Lawrence Eagleburger i Alexander Haig – oczywiście każdy jeden to republikanin). To tylko dobra mina do złej gry bowiem Powell i McCain byli dość blisko ze sobą (ponoć nadal są) przez wiele lat i wzajemnie się wspierali w kwestiach dotyczących polityki zagranicznej. Dla białego senatora udzielenie przez pierwszego czarnoskórego Sekretarza Stanu w historii Stanów Zjednoczonych poparcia demokracie to z pewnością policzek. Tym bardziej, że Powell argumentuje swą decyzję w sposób nie pozostawiający złudzeń. Stwierdził mianowicie, że z Obamy dumni będą „wszyscy amerykanie, a nie tylko Afroamerykanie”. Nie omieszkał też wbić lekko szpilki McCainowi dodając, iż Obama „posiada umiejętność inspirowania”, co oczywiście analogicznie ma oznaczać, że McCain takowej zdolności nie ma. Były Sekretarz Stanu dał także wyraz swojemu niezadowoleniu ze stylu prowadzenia kampanii senatora McCaina, która jego zdaniem przybrała bardzo negatywny ton. Zamiast skupić się na rzeczach istotnych, na konkretnym programie politycznym, administracja białego kandydata w wyborach wolała przykładowo imputować konszachty Baracka Obamy z Williamem Ayersem – domniemanym ex-terrorystą.

Stanowisko Colina Powella w kwestii kandydatów może okazać się kluczowe dla ostatecznego przebiegu nadchodzących wyborów prezydenckich w USA. Nie dlatego, że były Sekretarz Stanu zagwarantuje pewną ilość głosów któremukolwiek z kandydatów, ale dlatego, że swoimi stwierdzeniami rozwiał wątpliwości wyborców, którzy mogli się jeszcze wahać. Swoim poparciem dał jasno do zrozumienia, że Barack Obama dojrzał do roli prezydenta Stanów Zjednoczonych, co wielu poddawało pod wątpliwość. Natomiast o ile Colin Powell nie zapewni głosów samemu Obamie, tak niemalże z całą pewnością pozbawi ich McCaina.

Naturalnie można też spekulować na ile aprobata Colina Powella udzielona Barackowi Obamie zwiększy poparcie dla tego drugiego. Pytanie tylko po co? Jeśli istniałaby w całej tej historii rzecz godna spekulacji to jest nią co innego. Mianowicie, wydaje się, że Colin Powell zwyczajnie przeszedł programowo na stronę demokratów. Wynika to może nie w sposób dobitny, a zawoalowany ze stwierdzenia, iż „Obama będzie prezydentem-transformatorem” (w oryginale: „I think he would be a transformational president”). Aprobata zmian z ust konserwatysty to byłaby czysta hipokryzja i obłuda. Nie chcąc w związku z tym zarzucać powyższego generałowi Powellowi powinno się przyjąć dyplomatyczną wersję jakoby faktycznie zrewidował swoje przekonania i obrał ster nieco na lewo. Sam zresztą stwierdził, że McCain byłby dobrym prezydentem, ale problem leży po stronie Partii Republikańskiej, która obrała ster zbytnio na prawo. Ta zmiana miejsc, odnosząca się do Colina Powella, jest nie tyle nieoczekiwana, co kontrowersyjna, bo de facto może całkowicie zmienić obraz wyborów. To znaczy, o ile ktoś się łudzi, że McCain mógłby listopadowe wybory wygrać.

Niemalże pewne jest poparcie wszelkich mniejszości, czy to religijnych, czy seksualnych, czy narodowych dla Baracka Obamy. Tak samo pewne są głosy na McCaina z południa Stanów, od konserwatystów, purytanów, konfederatów i wielkich właścicieli majątków. Można się jedynie domyślać jakby zmienił się układ pionków na tej politycznej szachownicy, gdyby Colin Powell był biały. Cokolwiek by nie myśleć o tolerancji w USA to nie da się ukryć, że względy rasowe nadal oddziaływują dość silnie. Poparcie białego republikanina o zasługach Powella dla czarnoskórego demokraty pogrzebałoby iluzje McCaina na zwycięstwo w wyborach całkowicie, a tak pozostaje mu ten cień szansy. Kto wie swoją drogą, czy to nie Sarah Palin pogrzebała szanse republikanów swoimi wystąpieniami i legendarnymi już stwierdzeniami o sąsiedztwie z Rosją, którą rzekomo obserwuje, ale żeby nie uprawiać spekulanctwa, z tego typu osądami warto się wstrzymać do oficjalnych wyników wyborów prezydenckich.

Swoją drogą cały ten ambaras ukazuje rzecz jeszcze jedną, mianowicie rozłam w obozie republikanów. Wyraźnie kształtują się od jakiegoś czasu (tak wyraźny podział jaki ma miejsce dziś datowałbym na wybory z 2004 roku, kiedy na dobrą sprawę spór o Irak wyłonił pewne zasadnicze różnice wewnątrz partii) dwie frakcje. Pragmatyków i neokonserwatystów. Ukonstytuowany w Stanach Zjednoczonych system dwupartyjny wyklucza istnienie trzeciej. Ze względu na to iż obydwie są na prawo od centrum, demokraci zostają niezagrożeni, a co za tym idzie także głosy na ich kandydata. Jedynym, który może na tym rozłamie ucierpieć jest senator McCain, którego część głosów może przypaść Barackowi Obamie, o ile frakcja pragmatyczna pójdzie śladami Colina Powella, co nie jest wykluczone. Jeśliby sam fakt rozłamu w Partii Republikańskiej okazał się prawdziwy, to Stany Zjednoczone może czekać swoista recesja w polityce wewnętrznej i długie rządy demokratów niezagrożone silną opozycją. Kto jednak wie, czy tak jak Partia Republikańska nie została podzielona przez konflikt, nie stanie się ona znów monolitem w obliczu ewentualnej klęski polityki demokratów?