Na kłopoty … Schumpeter

Tyle już napisano o tym naszym globalnym kryzysie. Oczywiście, każdy powód jest dobry do kłótni, więc i tym razem masowo kłócono się najpierw o przyczyny kryzysu, o jego rozmiary, o to kiedy się skończy. Potem kłócono się o metody walki z nim, którego to sporu kulminacja była awantura o plan Poulsona w Kongresie.

Dziś, tak naprawdę, nie ma ekspertów ekonomicznych, laureatów Nagród Nobla, autorytetów. Ci, którzy znają się na rzeczy albo rozkładają bezradnie ręce, albo po prostu milczą. Kolejne prognozy rychłego końca spadków rozbijały sie o kolejne „dna” punktowe na giełdach. Inwestorzy nie zastanawiają się już kiedy zacznie się odbicie, lecz jak najszybciej upłynnić tę resztkę pieniędzy, którą jeszcze mają ulokowaną w akcjach.

Czy to rzeczywiście koniec kapitalizmu? Oczywiście, że nie! Czy dysponujemy jeszcze jakąkolwiek wiedzą ekonomiczną? Oczywiście, że tak! Wiemy na pewno, że:

  1. Końca załamania nie sposób przewidzieć;
  2. Załamanie było spowodowane błędnie funkcjonującym systemem gospodarczym;
  3. Kryzys kiedyś się skończy.

Z punktu pierwszego wynika jasno, że kolejne prognozy „odbić” są nie tylko nieprzydatne w ocenie rynków, co wręcz szkodliwe, gdyż podkopują resztki zaufania inwestorów w docierające do nich informacje o sytuacji. Obecny kryzys w bardzo dużym stopniu ma podłoże psychologiczne – kiedyś inwestorzy będą musieli wrócić na parkiety, ale nie zachęca ich do tego sytuacja, w której ktoś przekonuje ich o rychłym końcu bessy, a następnego dnia indeksy lecą na łeb na szyje w dół. Takie zachowanie niektórych doradców jest nieodpowiedzialne.

To tylko dygresja. Najbardziej istotny jest punkt drugi. Banki centralne na całym świecie wpompowują miliardy, ba, biliony dolarów w ten sam system, którego zawalenie doprowadziło do wszystkich nieszczęść. Porównanie do reanimacji trupa jest w tej sytuacji zbyt łagodne. Decydenci zachowują się tak, jakby zamiast wynosić cenne przedmioty z płonącego domu, wnosili tam jeszcze swoje meble. Oczywiście takie rozwiązania są ekonomicznie, a przede wszystkim politycznie możliwe do uzasadnienia. Bez interwencji państw upadłyby dzisiątki gigantycznych instytucji finansowych, co byłoby katastrofalne w skutkach dla sytuacji ekonomicznej i społecznej tych państw. Problem polega jednak na tym, że błędy popełniono dużo wcześniej, a obecna interwencja to leczenie objawowe, nie przyczynowe. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że nawet jeśli owe biliony wpompowane w instytucjonalne trupiarnie poprawią sytuacje na rynkach finansowych, to kryzys prędzej czy później się powtórzy, gdyż reakcje takie jak plan Poulsona są ratowaniem starego, wypaczonego systemu, nie budowaniem nowego, którego tak teraz potrzebujemy.

Nad problematyką kapitalizmu pochylano się od wielu lat. Jego charakterystyczna cykliczność była zauważona już bardzo dawno temu. Po latach koniunktury przychodzi kryzys, po nim zaś gospodarka znów zaczyna się rozwijać. Pozostawiając ten rozwój w niewidzialnych rękach rynku, zakładając zdrowe relacje pomiędzy poszczególnymi uczestnikami wymiany gospodarczej możemy przypuszczać, że potrzeba pozwoli wynaleźć nowe, lepsze mechanizmy obrony przed przyczynami kolejnych kryzysów. Sztuczne, keynesowskie sterowanie gospodarką pozwala na szybsze łagodzenie skutków kryzysów, nie stwarza jednak, lub stwarza sztuczne mechanizmy obrony.

Gospodarka nie znosi próżni. Na miejce upadających kolosów, Fennie Mae, Freddie Mac, AIG i innych szybko powstałyby nowe, prężniejsze, bezpieczniejsze, bardziej doświadczone instytucje finansowe. Proces ten nazwany jako creative destruction był przedmiotem badań nie tylko ekonomicznych. Podwaliny pod teorię kreatywnej destrukcji położyły dzieła Michała Bakunina czy Fryderyka Nietzschego. Rozwinęli go i spopularyzowali wybitni ekonomiści: Werner Sombart a przede wszystkim Joseph Schumpeter, twórca wybitnego dzieła Capitalism, Socialism and Democracy.

Obecny kryzys nie jest niczym niezwykłym, nie jest też, jak byli już skłonni niektórzy wieszczyć „końcem kapitalizmu”. Jest po prostu kolejnym ostrzeżeniem: gospodarka nie jest w stanie rozwijać się liniowo, a wszystkie instrumenty ją regulujące muszą podlegac nieustannej ewolucji, przystosowując się do zmieniających się warunków. Czy ta lekcja czegoś świat nauczy? Na razie niewiele na to wskazuje. Możemy miec nadzieję, że jeśli kryzys nie zmieni nic w sposobie prowadzenia polityki finansowej przez poszczeŋólne instytucje, to przynajmniej pozostawi ślad w świadomości, zmieni psychike uczestników gry. Od tego zależy, czy za dwadzieścia lat doczekamy się kolejnego czarnego dnia na Wall Street.


Bartosz Wasilewski jest redaktorem naczelnym internetowego magazynu Ego.