Kolacja z Edwardem Saidem, czyli the change I can believe in

Jakieś pół roku temu prawicową amerykańską blogosferę obiegło zdjęcie z 1998 roku, na którym Barack Obama żywo dyskutuje podczas jakiejś kolacji w Chicago z Edwardem Saidem. Oczywiście, tak to już jakoś zazwyczaj z prawicą bywa, fotka pokazująca kandydata na prezydenta debatującego z jednym z najwybitniejszych intelektualistów na świecie stanowiła dla blogerów doskonały powód, by Obamę zmieszać z błotem i oskarżyć o najgorsze bezeceństwa.

Przy czym dla amerykańskiej prawicy Edward Said nie był rzecz jasna żadnym tam yntelektualystom, tylko antysemitą, wrogiem Izraela, kumplem Arafata, czyli generalnie rzecz biorąc islamskim terrorystą, którego miejsce byłoby w Guantanamo, gdyby żył.

Natomiast dla mnie to zdjęcie i fakt, że Obama nie odciął się od Saida to kolejna przesłanka, by z nadzieją patrzeć na przyszłą, oby, prezydenturę kandydata Demokratów.

Oto mamy faceta z szerokim horyzontami, z ogromnym kredytem zaufania na świecie, mamy polityka, który nie jest zaczadzony ideologią zderzenia cywilizacji i który skutecznie obronił się przed zostaniem zakładnikiem radykalnego (choć, o czym później, niereprezentatywnego dla całej społeczności) żydowskiego lobby w pakiecie z jego aksjomatem o jednej Jerozolimie pod rządami Izraela (Obama podczas kampanii odwiedził Ramallah i mówił o Jerozolimie jako mieście bez podziałów i drutów kolczastych, dystansując się od prawicowej narracji dotyczącej tego miasta).

Jeżeli więc ten facet nie doprowadzi do uspokojenia sytuacji na Bliskim Wschodzie i rozwiązania konfliktu izraelsko – palestyńskiego, to znaczy, że żaden prezydent Stanów Zjednoczonych niczego w tej sprawie już nie dokona.

A pretekstem do moich wynurzeń jest znakomity tekst („Obama’s Jews”) Bernarda Avishaia, który ukazał się w październikowym numerze Harper’s Magazine. Avishai pokazuje, jak Obama sprawnie omija w swojej kampanii konserwatywne instytucje żydowskie takie jak Anti-Defamation League, czy American Jewish Committee i zwraca się do mniejszych, lokalnych organizacji, a także aktywizuje żydowskich wyborców przed trzydziestką.

I ten zabieg przynosi efekty, bo, jak pisze autor „Saving Israel from itself”, większość społeczności żydowskiej bardziej niż z jastrzębimi poglądami Joe Liebermana utożsamia się z Jonem Stewartem, który z owego Libermana bezlitośnie kpi.

Co ciekawe Avishai jako powód dotychczasowej wzglednej nieobecności w sferze realnej polityki liberalnych, w dużym stopniu młodych, Żydów podaje ich niechęć do angażowania się w „obciachowe” i nie dające się rozwiązać konflikty z konserwatywnymi liderami. Jego zdaniem dopiero Obama znalazł do nich dojście, sprytnie omijając zasiedziały żydowski establishment i nie bojąc się wypowiadać swoim głosem ich liberalnych i umiarkowanych poglądów m.in. na sprawę konfliktu w Palestynie.

Tym samym Barack Obama odwołał się też do korzeni aktywności publicznej amerykańskich Żydów, które przecież bardziej są związane z lewicową walką o prawa pracownicze i obywatelskie sprzed kilkudziesięciu lat, niż z obecnym pohukiwaniem (bomb Iran!) paru politycznych działaczy z dużymi wpływami w Waszyngtonie.

Ten zabieg kandydata Demokratów po pierwsze nie uzależnia go od grup prących do zaognienia konfliktu wokół Autonomii Palestyńskiej, czy Iranu, a z drugiej strony daje mu olbrzymi kredyt zaufania na przykład wśród Palestyńczyków, co sprawia, że realne negocjacje pomiędzy Izraelem a Autonomią za pośrednictwem Amerykanów znów będą możliwe. No i to jest ta zmiana, w którą wierzę.

A Bernard Avishai, odnosząc się do sytuacji wewnątrz społeczności żydowskiej w USA wyciąga takie oto wnioski: „Wszystko to (rozdźwięk między liderami a większością społeczności – przyp. r&b) powoduje, że uprawnione staje się zadanie następującego pytania: dlaczego żydowska społeczność miałaby wciąć tolerować takie przywództwo? Czy kampania Obamy nie nie jest czasami dobrą okazją, by się rozejść?”

Myślę, że dobrą ilustracją tej notki będzie klip, który jakiś czas temu zamieścił już na swoim blogu Wojciech Orliński. Przed państwem Sarah Silverman: