Islamskim radykałom kryzys finansowy nie straszny

Tematem numer jeden na całym niemal świecie od dłuższego już czasu jest kryzys finansowy, który ze Stanów Zjednoczonych powoli rozlewa się na inne państwa. Co ciekawe, nie wszystkie państwa – tak jak my – boją się widma światowego kryzysu: są też takie, których przywódcy (i pewnie niemała część ludności) po prostu cieszą się z trudności, które przeżywają ostatnio kraje wysokorozwinięte z USA na czele.

Z nieukrywaną satysfakcją obecne kłopoty USA przyjęli m.in. Ismail Hanija, premier Autonomii Palestyńskiej oraz jeden z popularnych libańskich duchownych, który w libańskiej telewizji uznał je za znak dany przez Allaha, zapowiadający szybki i nieuchronny koniec amerykańskiego „aroganckiego imperium”. W podobny tonie wypowiadali się także członkowie Al-Kaidy na kasecie wideo z początku października.

Jednym z tych państw, które świętują obecny kryzys, jest – a jakże by inaczej – także Iran. Ajatollah Ahmed Dżannati, jeden z najbardziej prominentnych perskich duchownych, sprawujący nieprzerwanie od 1988 stanowisko przewodniczącego Rady Strażników, stwierdził ostatnio, że:

„Cieszymy się, że gospodarka Stanów Zjednoczonych przeżywa ostatnio kłopoty. (…) [Amerykanie – przyp. aut.] muszą zmierzyć się z konsekwencjami własnego postępowania. To kara boska. Im ich kłopoty będą większe, tym dla nas lepiej”.

Czyżby irańscy przywódcy uznali, że prawa globalnej ekonomii nie stosują się do ich gospodarki? Co ciekawe, na razie teherańska giełda papierów wartościowych bardzo ospale reaguje na amerykańskie kłopoty, a jej wszystkie indeksy – choć nieznacznie tracą – utrzymują się na stosunkowo wysokim poziomie, przynajmniej w porównaniu z tym, co dzieje się na rynkach finansowych Stanów Zjednoczonych, Europy i Dalekiego Wschodu. Czyżby więc był to cud?

W żadnym bądź razie! Teherańska giełda, tak jak i cały irański rynek finansowy, jest w stosunkowo niewielkim stopniu powiązana z jej odpowiednikami na Zachodzie. System transnarodowych współzależności, który w XX wieku objął swoim zasięgiem niemal cały świat, nie w każdym miejscu na Ziemi aż tak na trwałe wrósł w rzeczywistość społeczno-ekonomiczną jak stało się to w krajach wysokorozwiniętych. Iran, nie należąc do tej kategorii państw, a w dodatku od kilku lat – mniej lub bardziej skutecznie – izolowany od dopływu wielkiego kapitału z innych krajów, pozostaje praktycznie poza głównym obiegiem globalnego rynku finansowego.

Mimo to, Iran nie może czuć się bezpiecznie – przykłady choćby Rosji czy państw Europy Wschodniej pokazują, że nawet mniej rozwinięte i w mniejszym stopniu powiązane z innymi rynki finansowe są zagrożone amerykańskim kryzysem. Wydaje się więc, że dzisiejsza, względnie dobra kondycja teherańskiej giełdy, może szybko się skończyć. Tym bardziej, że stan irańskiej gospodarki stale się pogarsza. Niska produktywność, wysoka stopa bezrobocia oraz jeszcze wyższa od niej inflacja, to nic w porównaniu z bardzo niekorzystną strukturą przemysłu, zdominowanego przez samo wydobycie ropy naftowej. Dopóki cena tego surowca pozostawała na niezwykle wysokim poziomie (ponad 100$ za baryłkę), Teheran miał zapewnione ogromne wpływy do budżetu; obecnie jednak cena  czarnego złota utrzymuje się na znacznie niższym poziomie, nieznacznie przekraczając 80$ za jedną baryłkę. Wraz z rozwijającym się kryzysem zmniejsza się popyt na ropę, a co za tym idzie – kurczy się także rynek paliw płynnych; gdy/jeśli kryzys osiągnie swoje apogeum, państwa eksportujące ropę – a więc i Iran – mogą znależć się w nie lada kłopotach. Krach uderzy w nie z pełną siłą, a one, zazwyczaj nie posiadając alternatywnych źródeł dochodów, odczują to uderzenie mocniej niż państwa rozwinięte. Iran co prawda posiada tzw. fundusz stabilizacyjny, powołany w celu zapobiegania kryzysom społecznym i finansowany z dochodów uzyskiwanych z eksportu ropy, ale prezydent Ahmedineżad, korzystając ze sprzyjającej koniunktury światowej, przeznaczał te pieniądze na cele doraźnej pomocy.

Dalszy spadek cen ropy mógłby więc poważnie zachwiać irańską gospodarką, pozbawiając ją dziesiątek miliardów dolarów rocznie (całkowity przychód z eksportu ropy w poprzednim roku wyniósł 70 miliardów dolarów), powiększając rzesze biedoty oraz obniżając spory, bo ponad sześcioprocentowy, wzrost PKB. Taka sytuacja jest szczególnie niebezpieczna dla Mahmuda Ahmedineżada, obecnego – coraz mniej popularnego – prezydenta Iranu, którego za nieco ponad pół roku czeka walka o reelekcję. Jeśli na obecny kryzys gospodarczy Iranu nałoży się światowy kryzys finansowy, może okazać się, że ten drugi – z którego jak dzieci cieszą się dziś islamscy radykałowie w Iranie – może wywrzeć znacznie poważniejszy wpływ na państwo ajatollahów, niż im samym się wydaje.