Demokratyczna farsa w Azerbejdżanie

Azerbejdżan to bardzo ważne państwo zarówno w polityce Kremla, Unii Europejskiej, oraz Waszyngtonu. Jego położenie oraz zasoby naturalne powodują, iż jest celem geopolitycznej rozgrywki na najwyższym poziomie. Doskonale rozumie to prezydent tego kraju, Ilham Allijew, który dzięki temu bezproblemowo utrzymuje się przy władzy. Pomimo łamania wszelkich demokratycznych procedur. O ile dobre relacje, w tym przypadku, z Moskwą nie dziwią, o tyle Allijew jest świetnym przykładem tzw. dobrego dyktatora. Człowieka, który nie szanuje standardów demokratycznych, ale jest zbyt cenny, by podnieść na ten temat głos. Milczy Unia Europejska, a Amerykanie wysyłają Dicka Cheneya z prośbą o udobruchanie azerskiego prezydenta. Ten jednak nie obawia się wysłać go w diabły. Opozycja wzywała do bojkotu wyborów – jest bezsilna.

Azerowie doskonale realizują niemożliwą z pozoru zasadę znaną z anegdotki o dziewce, która chce zatrzymać i cnotkę i pieniążek. Na razie to się udaje, ale nie można wiecznie dryfować między Wschodem, a Zachoem. Kiedyś przyjdzie czas na podjęcie konkretnej decyzji, a do tego czasu Azerowie mogą rozgrywać swoje poparcie. Świetnie to było widać w czasie konflitu gruzińskiego. Allijew bardzo zdystansował się wobec Tblisi oraz… Amerykanów. Pisałem już o tym, że Baku wstrzymuje realizację gazociągu Nabucco. Bez Azerów ten projekt po prostu nie wyjdzie. Z prostej przyczyny – nawet biorąc pod uwagę udział Azerbejdżanu głośno było o tym, iż „rury nie ma czym napełnić”. Rosja, przeciwna projektowi i lansująca swój projekt Soush Stream, raczej nie pozwoli Kazachstanowi lub Turkmenistanowi dołączyć do projektu.

Ilham Allijew słucha więc bez przerwy o tym, jak go wszyscy popierają, kochają i zachęcają do zrobienia tego, czy owego. Nagle okazuje się, demokracja jest dobra, ale jako hasło na sztandarach, a nie realna wartość. Koncepcja amerykańskich prezydentów o demokratyzacji państw okazuje isę fałszem w świecie realpolitik. Obłudne są więc akapity „Dyplomacji” Henry’ego Kissingera przekonujące o misji amerykańskiego narodu. Zresztą, napisał to człowiek, który doprowadził do zawarciastosunków z komunistycznymi Chinami (nie mówię, że tego nie należało zrobić, chodzi mi o hipokryzję moralną), a po wydarzeniach na Placu Tianamenen robił wszystko, by Chiny nie poniosły żadnych konsekwencji. Nie dajmy się więc oszukać.

Rozumiem interesy Zachodu w Baku, ale nie nadawajmy im aksjologicznego znaczenia. Amerykanie i Unia Europejska nie mogą pozwolić, by Moskwa przejęła inicjatywę w tamtym regionie. Problem jest jednak inny. Czy nie jest już za późno? Prestiżowa klęska polityczna Waszyngtonu i Brukesli w Gruzji bardzo przestraszyła Azerów. Z Kremlem też da się zarabiać pieniądze i to w bezpieczny sposób. Jeśli prezydent Allijew miał wąpliwości, to Zachód je rozwiał.

Dick Cheney może zapewniać o swoim poparciu dla tego państwa, jednak są to jedynie puste słowa. Amerykanie, zwłaszcza teraz, nie mają skutecznych narzędzi do wpływania na tamten region świata. Konflikt gruziński przywrócił też respekt dla pozycji Federacji Rosyjskiej. Celem Zachodu musi być więc przekonanie Azerów do współpracy za pomocą argumentów ekonomicznych. Są w stanie przelicytować Moskwę. Pytanie, czy potrafią zapewnić polityczną stabilność gazociągowi Nabucco? Teraz i tak ważniejsze są następstwa kryzysu gospodarczego.

Czym tak naprawdę różni się Azerbejdżan od Białorusi? Prezydentem, którgo uznać można za bardzo prozachodniego? Nikt nie chce zaryzykować nowego rozdania w Baku. Azerowie są więc skazani na Allijewa, który utrzyma się u władzy, ale podobnie jak Łukaszenka, nie będzie to miało nic wspólnego z demokratycznymi standardami. Warto przypomnieć, iż Ilham w 2003 roku przejął władze od swojego ojca, Hajdara. Świat się nawet nie zająknął na temat ostatnich wyborów. Wygrali ci, co mieli wygrać. Opozycja krzyczała o fałszerstwach. Standardowy scenariusz dla tak zwanej „demokracji kontrolowanej”. Czy, popierany i dotowany przez Stany Zjednoczone, Egipt, bardzo się różni od Azerbejdżanu? Tam też opozycji „wydziela” się mandaty. Chociaż akurat dojście do władzy Bractwa Muzułmańskiego nie wpłynęłoby raczej stabilizująco na sytuację na Bliskim Wschodzie…

Okazuje się, że demokracja jest jedynie nazwą. Jeżeli gdzieś napotyka trudności, to Zachód śmiało z niej rezygnuje w imię interesów gospodarczych. Gdyby traktować Chiny i Azerów, jak Białoruś, to Hu Jintao nie miałby prawa wjazdu na terytorium Unii Europejskiej. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, że chińska delegacja „gdzieś nie wejdzie”. Wiem, pamiętam, że sankcje wobec Białorusi są łagodzone, ale czy jest to efektem demokratyzacji tego państwa, czy raczej ustępstwem Wspólnoty?

Jako zwolennik demokracji chciałbym abyśmy o tym pamiętali teraz, gdy znowu okazało się, że obecne władze azerskie stosują bialoruskie standardy demokracji. OBWE określiła wybory mianem niedemokratycznych, co znajdzie każda osoba, która bardzo wnikliwie interesuje się tą kwestią – inna już nie – ale zwracam uwagę na to, bo, że ten temat został przemilczany w krajowych i zagranicznych mediach.

Patryk Gorgol