Czy Afryka potrzebuje Obamy?

Barack Obama w Afryce (2006 rok)Obamomania ogarnęła także Afrykańczyków – zarówno mieszkańców USA, jak i obywateli państw afrykańskich – głównie wschodniego wybrzeża. Najbardziej uradowani i dumni z politycznej kariery Baracka Obamy są – rzecz jasna – Kenijczycy. Mieszkańcy kraju, z którego pochodzi rodzina demokratycznego kandydata, przy każdej nadarzającej się okazji podkreślają kenijskie korzenie ciemnoskórego senatora oraz chwalą się faktem, że jego babka wciąż żyje w rodzinnej wiosce Kogelo w zachodniej części Kenii.

Jak podaje Felix Masi, reporter Africa News, wielu nowo narodzonym dzieciom Kenijczycy nadają imię Senator Obama. Z rodzinnych stron demokratycznego kandydata dochodzą także głosy o ochrzczeniu piwa Senator produkowanego w lokalnym browarze jego nazwiskiem oraz o planowanej rozbudowie lotniska w prowincji Nyanza, w taki sposób, aby był tam w stanie w przyszłości wylądować Air Force One z prezydentem Obamą na pokładzie. Równie wielkie objawy uwielbienia dla Obamy wykazują Kenijczycy mieszkający w Stanach Zjednoczonych – w artykule opublikowanym w Daily Nationprzedstawione są na przykład zachowania afrykańskich mieszkańców amerykańskiego miasta Jersey.

Wśród tych miłych, aczkolwiek momentami niezbyt poważnych (piwo Obama) oznak narodowej dumy, niekiedy zauważyć można także pomysły zupełnie oderwane od rzeczywistości, a nawet naganne nie do zaakceptowania przez mieszkańców zachodnich demokracji postępowanie miejscowych władz. Mam tu na myśli aresztowanie, przesłuchanie przez służby imigracyjne i wydalenie z terenu Kenii amerykańskiego pisarza Jerome Corsi.Autor kontrowersyjnego bestsellera The Obama Nation, przybył do Kenii na początku października tego roku, z zamysłem promocji swej książki na tamtejszym rynku. Według oficjalnych komunikatówekstradycja Corsi’ego spowodowana była uchybieniami formalnymi (pisarz przebywał w Kenii na podstawie wizy turystycznej, a zajmował się działalnością komercyjną), jednak nietrudno zauważyć, iż działania instytucji rządowych w rzeczywistości podyktowane były negatywnym stosunkiem autora do Obamy i krytycznym wydźwiękiem promowanej książki.

Wśród mało realnych propozycji odnośnie politycznej przyszłości senatora z Illinois, prym wiedzie wezwanie Obamy do rezygnacji z ubiegania się o prezydenturę USA i powrót do ojczyzny przodków, gdzie – jako światowej rangi polityk – miałby do zrobienia dużo więcej niż w Waszyngtonie. Jeden z ugandyjskich reporterów Afrika News pisze w swym blogu, że Obama powinien zostać pierwszym prezydentem zjednoczonych państw wschodniej Afryki: Ugandy, Kenii, Tanzanii, Rwandy i Burundi. Z artykułu wynika, że objęcie tej funkcji przyczyniłoby się nie tylko do rozwiązania trwającego wciąż konfliktu pomiędzy głównymi siłami politycznymi Kenii, lecz także – a może przede wszystkim – byłoby skutecznym remedium na bolączki całego regionu. Ciekawe, co na to sam zainteresowany?

Wśród poważniejszych głosów poruszających sprawę stosunku Obamy do problemów Afryki oraz wpływu jego ewentualnej prezydentury na rozwiązanie tych problemów przeważają te, które stwierdzają, że kontynent zyska na wyborze ciemnoskórego polityka na stanowisko prezydenta największego mocarstwa świata. O nowym wymiarze polityki amerykańskiej wobec Afryki pisze między innymi na łamach allAfrica.com, Charles W. Corey z Waszyngtonu, stwierdzając, iż Obama jest w stanie pomóc władcom poszczególnych państw afrykańskich w zbudowaniu płaszczyzny porozumienia, mogącej stać się zalążkiem nowej współpracy panafrykańskiej.

Z drugiej strony pojawiają się także głosy krytyki, szczególnie dotyczące zbyt małej uwagi poświęcanej sprawom Afryki podczas całej kampanii wyborczej i w czasie debat prezydenckich. Spotkać się można także z opiniami (choć, w moim odczuciu, odosobnionymi), że ewentualny wybór Obamy na prezydencki fotel przynieść może Afrykańczykom więcej złego, niż dobrego – głównie ze względu na przewidywane wówczas zmniejszenie aktywności organizacji walczących o polepszenie sytuacji ekonomiczno – społecznej w Afryce.

Maciej Lewandowski, Szkocja