Amerykańskie cuda nad urną

Cechą odróżniającą wybory amerykańskie od polskich jest między innymi brak automatycznej rejestracji wyborców. Osiągnięcie pełnoletności nie oznacza jeszcze możliwości zagłosowania – żeby móc to zrobić, należy się wcześniej zgłosić do odpowiedniej komisji wyborczej i wpisać się na listę. Z jednej strony jest to wygodne dla organizacji wyborów, można bowiem zawczasu przygotować odpowiednią liczbę kart do głosowania, co pozwala uniknąć problemów z ich brakiem, jakich doświadczyliśmy w Polsce w zeszłym roku. Z drugiej strony, jako że ludzie są z natury leniwi, nie wpływa to dobrze na frekwencję wyborczą, a w konsekwencji na rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Otwiera to również możliwość stosowania różnych prawnych kruczków w celu uzyskania kształtu listy korzystnego dla własnej partii.

Najgłośniejszą aferą ostatnich dni związaną z rejestracją wyborców jest kontrowersja dotycząca działań grupy ACORN – organizacji pozarządowej działającej na rzecz poprawy losu biedniejszej części amerykańskiego społeczeństwa, z którą swego czasu współpracował Obama. ACORN w ostatnich latach wyspecjalizował się w pozyskiwaniu nowych wyborców, a szczególnie zintensyfikował wysiłki w minionych miesiącach, wpisując na listy ponad milion nazwisk. Skandal wybuchł po tym, jak okazało się, że aby nabić statystyki aktywiści ACORN-u płacili wyborcom za rejestrację, namawiali ich do kilkukrotnego rejestrowania się bądź umieszczali na listach fikcyjne nazwiska w rodzaju Królewny Śnieżki. Był to oczywiście młyn na wodę Republikanów, którzy zaczęli oskarżać Obamę o to, że wykorzystuje sympatyzującą z nim organizację do wypaczenia wyniku wyborów. Trudno jednak uznać, że obecność w wyborczych spisach postaci Disneya może jakoś zagrozić demokratyczności wyborów – fakt, że niektórzy stronnicy czarnoskórego kandydata postanowili się zanadto wykazać, nie oznacza, że Demokraci gotowi są dokonać cudów nad urną.

Groźniejszą taktyką, używaną do uniemożliwienia niepożądanym wyborcom wzięcia udziału w wyborach, jest tzw. vote-caging. Metoda ta opiera się na założeniu, że miernikiem zainteresowania obywateli polityką, a przez to gotowości wzięcia udziału w wyborach, jest odbieranie materiałów propagandowych, rozsyłanych pocztą przez obie partie. Jeśli listy nie są przyjmowane (co nie musi wynikać ze złej woli odbiorcy, ale choćby na skutek jego wyjazdu na wakacje) jest to wystarczającym powodem, by skreślić adresata z listy zarejestrowanych wyborców. W tym roku ofiarą takiej akcji padli mieszkańcy pięciu hrabstw na Florydzie, w większości popierający demokratów emeryci, którzy dostali listy z prośbą o wsparcie finansowe ze sztabu Johna McCaina, informujące ich przy okazji drobnym drukiem, że zostali zarejestrowani jako zwolennicy Republikanów. Dzięki temu, że lokalne media nagłośniły sprawę, ich sprzeciw wobec otrzymywania takich materiałów przypuszczalnie nie wykluczy ich z list wyborców, ale niewykluczone, że podobne praktyki są po cichu stosowane w innych częściach kraju.

Kampusy w Wirginii z kolei obiegły plotki (oczywiście nieprawdziwe) mówiące, że studenci, chcący zagłosować w miejscu nauki, będą musieli zarejestrować się na stały pobyt w miejscowości uniwersyteckiej, co ma się wiązać z utrudnieniami dla ich samych (nowe dokumenty, tablice rejestracyjne, itp.) oraz pogorszyć sytuację finansową rodziców, którzy nie będą mogli odpisać kosztów ponoszonych na edukacje dzieci od podatku. Oczywiście ukrytym przesłaniem tych pogłosek jest to, że studentom nie opłaca się pójść do wyborów, a wziąwszy pod uwagę, że młodzież akademicka jest zdecydowanie proobamowska, nietrudno jest zgadnąć, kto jest zainteresowany rozprzestrzenianiem takich informacji.

W Indianapolis, gdzie burmistrz jest Republikaninem, w ostatniej chwili zmienione zostały lokalizacje komisji wyborczych bez uprzedniego poinformowania wyborców. W większości tyczy się to biedniejszych dzielnic, które mają wyraźną tendencję do głosowania na Demokratów. Ponieważ lokale wyborcze w Indianie zamykane są stosunkowo wcześnie – o 6 po południu – przypuszcza się, że wielu wyborców, nie chcąc tracić czasu na poszukiwanie właściwego lokalu, wstrzyma się od głosowania, co ma zmniejszyć przewagę Obamy.

Żeby nie było wątpliwości, wszystkie te taktyki nie oznaczają, że John McCain jest złem wcielonym. To, że większość prób manipulacji przy spisach wyborczych obciąża konto Republikanów nie wynika z ich demonicznych aspiracji, tylko z prostego faktu, że ich kandydat przegrywa. O znacznej ich części przypuszczalnie nie wie nawet ani McCain, ani jego najbliższe otoczenie – są po prostu inicjatywami polityków z niższego szczebla, którzy chcą przysłużyć się partyjnej górze, licząc później na nagrody. Gdyby to Obama znajdował się na przegranej pozycji, jego ludzie robiliby dokładnie to samo.

Wreszcie, niezależnie od poczynań obu sztabów, może zawieść technika. Część stanów, idąc z duchem czasu, zastąpiła papierowe spisy wyborców centralnym rejestrem elektronicznym. Ma to ułatwić sprawne przeprowadzenie wyborów, ale, jak zauważył magazyn Wired, bazy danych nie zostały odpowiednio przetestowane. W związku z czym nie ma gwarancji, że wyszukiwanie w nich informacji odbędzie się bez zakłóceń, tym bardziej, że testy nowych rejestrów w wielu przypadkach kończyły się awariami. Ewentualny paraliż elektroniki wyborczej w dniu głosowania wywołałby kolejny kryzys przy urnie, których Amerykanie po przejściach w minionych latach mają dość. Dlatego nawet już skomputeryzowane komisje dalej będą korzystały z papierowych rejestrów – na wszelki wypadek.

Maciej Józefowicz