Afrykańskie marzenia o integracji

22 października, na wspólnej konferencji w stolicy Ugandy, Kampali, trzy ugrupowania integracji gospodarczej w Afryce zadecydowały o połączeniu się w jedną strefę wolnego handlu. Idea piękna, ale czy tego typu inicjatywy mają szansę w targanej konfliktami Afryce?

Działające dotąd oddzielnie organizacje zadecydowały, że jedynym sposobem na zmniejszenie dystansu dzielącego Afrykę od bogatszych kontynentów jest powołanie jak najszerszej strefy wolnego handlu, a w dłuższej perspektywie – dalsze pogłębienie integracji (co najmniej do etapu unii celnej). Mająca powstać w ciągu roku  organizacja zrzeszać ma 26 państw członkowskich Wspólnego Rynku dla Wschodniej i Południowej Afryki (COMESA), Wspólnoty Afryki Wschodniej (EAC) i Południowoafrykańskiej Wspólnoty Rozwoju (SADC), zamieszkiwanych przez 527 mln ludzi wytwarzających łącznie PKB o wartości 642 miliardów dolarów. Choć bez wątpienia jest to krok w dobrym kierunku, szanse na pełne powodzenie tej inicjatywy są niewielkie.

Warunki, panujące obecnie na kontynencie afrykańskim, są co najmniej wysoce niesprzyjające dla wszelkich działań integracyjnych. Wśród państw, które stworzyć mają tę strefę, większość stanowią kraje niestabilne, tak gospodarczo, jak i politycznie. Sudan, będący sygnatariuszem porozumienia, ćwierćwiecza jest areną okrutnych wojen domowych, toczonych najpierw między żądającymi autonomii stanami południowymi, a kontrolowaną przez rząd centralny Północą (1983-2005), a później – między rządem, a zbuntowaną prowincją na zachodzie kraju – Darfurem (od 2003 roku). Co prawda rebelia południowego Sudanu została zakończona, ale napięcie między stronami konfliktu nie osłabło na tyle, by rząd w Chartumie był pewny lojalności południowych stanów. Konflikt w Darfurze trwa nadal i ciągle nie widać nawet najmniejszej szansy na jego zakończenie. Jakby tego było mało obecny prezydent Sudanu, Omar Hassan al-Baszir jest oskarżany o zbrodnie wojenne, a państwo ma w swoim najbliższym otoczeniu międzynarodowym wielu wrogów, z Czadem na czele. Kryzys w Demokratycznej Republice Konga ciągnie się już od wielu lat, a ostatnie wydarzenia na wschodzie tego kraju pokazują jak dynamiczna potrafi być sytuacja polityczna w każdym z afrykańskich państw. Polityczny klincz w Zimbabwe trwa już od dłuższego czasu i, mimo wielu prób mediacjii, nie widać na razie perspektyw jego rozwikłania.

johnfenzel.typepad.comNiestety, powyższe przykłady to jedynie wierzchołek góry lodowej – wystarczy nadmienić, że spośród pierwszej dwudziestki rankingu państw upadłych, ponad połowa to kraje afrykańskie. Wśród nich znajdziemy także państwa będące stronami porozumienia: Sudan, Zimbabwe, DR Kongo, Etiopię oraz Ugandę. Nie można nie doceniać także wpływu państw pozostających poza układem, ale z rozmaitych względów stanowiących zagrożenie dla integracji afrykańskiej. Tutaj przykładem może być Somalia – jedyne chyba na świecie państwo upadłe w pełnym tego słowa znaczeniu, będące elementem destabilizującym już i tak nienajlepszą kondycję państw ościennych – Etiopii, Kenii i Erytrei.

Na tym jednak nie koniec. Aby integracja gospodarcza powiodła się, trzeba spełnić szereg warunków dotyczących strony ekonomicznej przedsięwzięcia. Przede wszystkim, kraje podejmujące działania integracyjne, powinny być blisko siebie położone i mieć infrastrukturę, dzięki której handel między nimi jest opłacalny. Niestety, rozciągające się na całej szerokości kontynentu o tak słabej infrastrukturze jak Afryka, ugrupowanie integracyjne nie może skorzystać ze wszystkich korzyści, jakie daje strefa wolnego handlu (nie mówiąc już o unii celnej czy jednolitym rynku). Drugim czynnikiem wymaganym w procesie integracji jest podobny poziom rozwoju gospodarczego, który pozwala uniknąć większości kosztów społecznych liberalizacji obrotu towarami. Niestety, tu państwa mające stworzyć nową strefę wolnego handlu są niezwykle zróżnicowane: sama względnie bogata (choć nękana wieloma problemami) Republika Południowej Afryki wytwarzałaby około 40% PKB całego ugrupowania, a wraz z Libią, Egiptem, Sudanem i Kenią – ponad 80%!. Taka dysproporcja byłaby oczywiście niezwykle niekorzystna dla państw odpowiedzialnych za pozostałe 20% PKB wytwarzanego w strefie. Gospodarki państw mających powołać nową strefę wolnego handlu, ze względu na ogólne zapóźnienie technologiczne całego kontynentu, w niewielkim stopniu spełniają też kolejny warunek: komplementarności.

Miliony mieszkańców Afryki zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów ze wzgledu na krwawe kondilkty (Doctors without borders)Jednego jednak przywódcom państw afrykańskich nie można odmówić: szczerej woli politycznej. Czy to jednak wystarczy w obliczu tak niekorzystnych warunków na kontynencie? Pewnie nie, ale czy Afrykanie mają wybór? Afryka do dziś – mimo kilku szybko bogacących się państw – jest najbiedniejszym kontynentem właśnie dlatego, że pozostaje poza głównym obiegiem międzynarodowego handlu. Państwa afrykańskie, będąc jeszcze w większości właściwie w erze przedindustrialnej, zajmują się głównie wytwarzaniem mało dochodowych produktów rolnych, co w połączeniu z protekcjonistyczną postawą państw wysokorozwiniętych w kwestii importu tych towarów sprawia, że większość rynków zbytu jest dla nich zamknięta. Nawet sukces tych państw, których dynamika wzrostu gospodarczego jest najwyższa na kontynencie (Angola, Sudan), opiera się właściwie tylko na wysokiej cenie surowców, przede wszystkim ropy, a nie na faktycznej sile ich gospodarek; można spodziewać się, że gdy cena ropy spadnie jeszcze niżej, ich sytuacja będzie nie do pozazdroszczenia. Obu grupom państw – tym posiadającym surowce energetyczne, i tym, które ich nie posiadają – nie zostaje nic innego, jak intensyfikacja handlu między sobą. Zapewne część z państw na tym straci, ale część na pewno zyska na tyle, że będzie mogło w pełni włączyć się do światowego obrotu handlowego – dopiero wtedy Afryka, być może, przestanie być wyrzutem sumienia wysokorozwiniętej Północy.


Zdjęcia: World Bank, Doctors without borders.