Pełzająca wojna z Iranem

Od dłuższego czasu nie cichną spekulacje na temat ewentualnego ataku na Iran. Miałby on być odpowiedzią Izraela i Stanów Zjednoczonych na atomowe aspiracje Teheranu.

Oczywiście, mówiąc „atak na Iran”, de facto mówimy o ataku  – zapewne lotniczym – na instalacje kluczowe dla jego programu atomowego. Celami zostałyby zapewne zakłady zlokalizowane w Isfahanie, będące głównym ośrodkiem irańskiego programu atomowego, oraz w Natanz, gdzie znajduje się zakład wzbogacania uranu (patrz: mapa na dole notki).

Osobiście raczej wątpię w bezpośrednie zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w ewentualny atak. Wydaje się, że George W. Bush ma wystarczająco dużo powodów, by nie popierać rozwiązania siłowego, co nie oznacza, że potępi je, jeśli do niego dojdzie.

Przede wszystkim, amerykańskie siły zbrojne są zaangażowane w dwa, niezwykle wymagające, konflikty – misję stabilizacyjną w Iraku oraz podjazdową wojnę w Afganistanie. Szczególnie ciężka sytuacja panuje w tym drugim państwie, gdzie cały czas toczą sie regularne, ciężkie i – jak przyznał nawet sam prezydent George W. Bush – krwawe walki. Ten teatr działań może w przyszłości przynieść jeszcze więcej problemów, bowiem przez najbliższych kilka miesięcy można spodziewać się dalszej intensyfikacji działań rebeliantów.

Niezbyt zachęcające dla polityków amerykańskich są także prognozy ekonomiczne. Przede wszystkim obecny, nienajlepszy stan gospodarki światowej, związany ze stale wzrastającą ceną ropy naftowej nie wróży najlepiej jakimkolwiek krokom militarnym podejmowanym w obszarze Zatoki Perskiej. Iran w razie ataku na pewno będzie starał się odciąć Zachód od ropy wydobywanej w tym regionie, a ma ku temu odpowiednie środki – wystarczy, że uda mu się (w jakikolwiek sposób) zabarykadować cieśninę Ormuz, przez którą  „przepływa” ponad jedna trzecia światowego wydobycia ropy naftowej (17 mln baryłek dziennie), by wywindować na niebotyczny poziom jej cenę na rynkach światowych. W dzisiejszych warunkach, byłby to zabójczy cios nie tylko dla państw bezpośrednio zaangażowanych w ewentualny konflikt.

Zupełnie inaczej na sprawę musi patrzeć Izrael – dla niego irańska bomba atomowa jest namacalnym zagrożeniem. Kwestią sporną oczywiście pozostaje realna możliwość użycia  przez państwo ajatollahów ładunków nuklearnych w celu ataku na Izrael, ale bez względu na stopień prawdopodobieństwa takiego rozwiązania, samo posiadanie tego atomowego straszaka przez Iran może wpływać bardzo destabilizująco na cały region. Już dziś, dotychczas raczej niezainteresowane energią atomową w żadnej postaci, arabskie kraje Zatoki – nieśmiało jeszcze – zaczynają poszukiwać możliwości rozpoczęcia własnych programów nuklearnych. Jeszcze za wcześnie, aby mówić o zbrojeniach atomowych w regionie, ale kto wie, co może sie stać za kilka lat…

Izrael, jako, że kwestia irańskiej bomby, to dla niego sprawa życia i śmierci, nie cofnie się przed atakiem, o ile prowadzone z Teheranem negocjacje nie zakończą się sukcesem Zachodu. Bez względu na możliwe problemy z gospodarką światową, cenę ropy czy jakiekolwiek inne czynniki, zaatakuje, jeśli tylko poczuje się zagrożony. Ostatnie doniesienia o manewrach nad Morzem Śródziemnym oraz zniszczenie syryjskiego reaktora, świadczyć mogą o tym, że przygotowania do ataku mogą już być w bardzo zaawansowanym stadium.

Iran zresztą także przygotowuje się do ewentualnej wojny. Jak donosi nieoceniony serwis DEBKA, cały kraj został podzielony na 31 wojskowych regionów administracyjnych i… szykuje tysiące grobów dla żołnierzy agresora (oczywiście, są to zapewne czcze przechwałki).

Choć na razie jednak zarówno Iran, jak i USA zaprzeczają możliwości rozpoczęcia działań ofensywnych, wraz z upływem czasu sytuacja będzie stawać się coraz bardziej napięta. Można jednak sobie zadać pytanie, czy przypadkiem wojna już się tak naprawdę nie zaczęła. Oczywiście, nie klasyczna, otwarta wojna, ale pełzający konflikt, w którym obie strony na razie „sprawdzają” przeciwnika. Tym sprawdzianem dla Izraela jest wojna libańska i działania Hezbollahu, a dla Iranu – izraelskie manewry śródziemnomorskie i atak na syryjski reaktor. Są to klasyczne przykłady konfliktów zastępczych (proxy wars); fakt, że zimnowojenne wojny tego typu nie przekształciły sie w bezpośrednie starcie USA i ZSRR, nie sprawia, że w przypadku Iranu i Izraela będzie podobnie. Jedno jest pewne – im Iran będzie bliżej osiągnięcia swojego celu, a więc posiadania broni nuklearnej, tym z większym niepokojem będziemy patrzeć w kierunku Bliskiego Wschodu.