Belgia na skraju rozpadu. Znowu…

W poniedziałek dymisję złożył premier Belgii, Yves Leterme. Jej powodem ma być brak porozumienia w ramach bardzo szerokiego rządu co do zakresu reform instytucjonalnych. Po raz kolejny widmo rozpadu krąży nad Belgią.

Jakiś czas temu zastanawiałem się, na jak długo starczy determinacji Leterme’owi, a co za tym idzie – jak długo Belgowie będą cieszyć się ze swojego nowego rządu. A cieszyć się mieli z czego – na sformowanie tego rządu czekać musieli prawie 200 dni od ogłoszenia wyników wyborów i wydawało się już, że obie strony konfliktu, a więc Flamandowie i Walonowie, doszły do wniosku, że muszą dojść do porozumienia.

Niestety, nadzieje okazały się płonne. Proponowane przez stronę flamandzką głębokie reformy polegające przede wszystkim na dalszej  decentralizacji i autonomizacji polityki w ramach regionów, były nie do przyjęcia przez Walonów. Flamandowie nie byli zresztą zbyt chętni do ustępstw. Nie doczekawszy się porozumienia w przewidzianym przez siebie terminie, który upłynął 15 lipca, premier Belgii postanowił zrezygnować z urzędu. Znów można było usłyszeć opinie, że Belgia jest o krok od rozpadu.

Nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt, jak daleko idące konsekwencje w skali kontynentu, a być może i całego świata, może mieć rozpad Belgii; efekty takiej sytuacji można by podzielić na te materialne i niematerialne.

O materialnych skutkach rozpadu państwa belgijskiego napisano już wiele. Niewątpliwie najwięcej na rozpadzie straci Walonia – biedniejsza połowa Belgii, która od lat boryka się z problemami ekonomiczno-społecznymi. Trudno jednak przewidzieć, jak z ewentualną dezintegracją państwa poradzi sobie gospodarka bogatej Flandrii (gdzie mieszkają Flamandowie). Jest ona co prawda w o niebo lepszej kondycji niż walońska, ale rozpad państwa i na nią może wpłynąć destabilizująco. Wszystko zależałoby od tego, w jaki sposób Belgowie załatwią między sobą tą sprawę – przedłużający się rozwód może nie być zachęcający dla inwestorów, może obniżyć wiarygodność kredytową państwa i jego obywateli, co także odbije się na obywatelach nowopowstałych państw. Może się więc okazać, że główna pobudka, dla której Flamandowie chcą powołać własne państwo nie tylko nie zostanie zrealizowana, ale sytuacja obróci się przeciw nim samym. Ponadto, można by spodziewać się deprecjacji wartości euro, czego skutki odczułaby cała Europa.

Największym problemem dla flamandzkich secesjonistów pozostaje jednak Bruksela. Być może to właśnie stolica, a nie król (jak twierdzą niektórzy), scalają obecnie Belgię.Nie dość, że jest ona wielką, francuskojęzyczną enklawą w samym niemal sercu Flandrii, to ponadto jest zarazem miastem tak bogatym i tak znaczącym we współczesnej Europie (choćby ze względu na fakt, że znajdują się tam najważniejsze instytucje unijne), że obie strony będą chciały, aby pozostała ona w ich rękach lub choć nie dostała się pod władzę przeciwnika.

Mimo wszystko uważam, że znacznie ważniejsze są niematerialne konsekwencje ewentualnego rozpadu, bowiem one na pewno nie ograniczyłyby się jedynie do obszaru Europy.

Przede wszystkim, musimy pamiętać, że choć Belgia jest obecnie państwem o najwyższym chyba w  Europie stopniu autonomizacji (lub, jak kto woli, dewolucji), kraje takie jak Hiszpania niewiele im pod tym względem ustępują, a przewyższają nawet w temperaturze sporów w tej sferze. Niemal pewnym kandydatem do secesji wydaje się być Baskonia, zaś Katalonia i Galicja na pewno wykorzystałyby sytuację w Belgii do wysunięcia postulatów o zwiększenie własnych – i tak bardzo już szerokich – uprawnień. Niematerialna idea szybko przeistoczyć by się więc mogła w materialny rozpad kolejnego państwa.

Dlatego też Hiszpania zapewne utrzymałaby swoją politykę niepopierania żadnych secesji; słowem – państwa powstałe po rozpadzie Belgii mogłyby mieć problemy z uzyskaniem uznania od Hiszpanii. Trudno przewidzieć, jakie konsekwencje mogłaby mieć kuriozalna sytuacja, w której istnieją dwa oddzielne państwa postbelgijskie, ale żadne z nich nie jest uznawane przez Hiszpanię. Powstaje także inne pytanie: czy Flandria i Walonia umiałyby współpracować ze sobą w strukturach unijnych i czy nie żywiłyby do siebie nawzajem niechęci.

Nie mniej ważne byłyby konsekwencje na arenie międzynarodowej. Rozpad Belgii przyczyniłby się zapewne do podważenia coraz silniejszej roli Unii Europejskiej na arenie międzynarodowej. Istotnym problemem byłaby także – z punktu widzenia UE – kwestia Brukseli, przysłowiowej już wręcz stolicy zjednoczonej Europy. Na razie brzmieć to może jak futurologia, ale chyba najlogiczniejszym wyjściem w razie podziału Belgii, byłoby przekształcenie okręgu Brukseli europejski dystrykt federalny, na kształt amerykańskiej stolicy. Na pewno nie spotkałoby się to jednak z akceptacją społeczeństw europejskich; zresztą – nie wiadomo, czy UE w ogóle chciałaby brać na siebie taką odpowiedzialność.

Co ciekawe, aspiracje Flamandów wpisują się w szerszy kontekst rozwoju państw. Dla jednych, rozpad Belgii byłby unaocznieniem tezy Jerry’ego Z. Mullera, który twierdzi, że przednowoczesny nacjonalizm długo jeszcze pozostanie siłą napędową stosunków między państwami, nawet w – wydawać by się mogło postnowoczesnej – Europie. Inni twierdzą zaś, że sytuacja Belgów jest typowym wzorcem rozwoju właśnie państwa postnowoczesnego, w którym obumarciu ulegają więzy czysto narodowe, a ich miejsce zajmują więzy oparte przede wszystkim na wspólnocie interesów i lokalnym czy regionalnym patriotyzmie. Z jakiejkolwiek perspektywy by nie patrzeć, podział Belgii może przynieść wiele zmian, na które być może nie jesteśmy jeszcze przygotowani.