Wpadka Radka?

Trochę bez refleksji przeszła wypowiedź polskiego ministra spraw Zagranicznych, Radosława Sikorskiego, na temat Gulbuddina Hekmatiara, jednego z pasztuńskich przywódców walczących z wojskami NATO na wschodzie Afganistanu. Szkoda, bo – niestety – trudno ocenić ją pozytywnie.

Oczywiście, trudno polemizować z samą tezą postawioną przez naszego ministra, bo jest ona – o ile mi wiadomo – w miarę trafna. To właśnie Hekmatiar, a dokładniej stworzona przez niego organizacja paramilitarna (a później także legalna partia) Hezb-e-Islami, ponosi odpowiedzialność za eskalację konfliktu afgańskiego (tzw. afgańskiej wojny domowej) w latach 90. i tysiące jej ofiar oraz za zabójstwa dziennikarzy – tak afgańskich, jak i zagranicznych, w tym także przyjaciela Sikorskiego – Andy’ego Skrzypkowiaka.

Nietrudno zrozumieć rozgoryczenie polskiego ministra faktem, że zabójcy jego przyjaciela uniknęli – jak na razie przynajmniej – kary. Niestety jednak, po – jakby nie patrzeć – doświadczonym polityku (a takim jest Sikorski), można by spodziewać się nieco bardziej wyważonego języka. Tym bardziej, że Sikorski pełni przecież funkcję jednego z trzech najwyższych przedstawicieli państwa poza jego granicami, a więc – ministra spraw zagranicznych. Jego słowo jest zatem oficjalnym stanowiskiem państwa w danej kwestii i musi być traktowane właściwie tak samo, jak gdyby wypowiedział je premier czy prezydent.

Groźbę skierowaną przeciw przywódcy wrogiego obozu można odczytywać na dwa sposoby: albo jako przejaw pewności siebie i optymizmu odnośnie wyniku toczącego się konfliktu, albo jako niczym nie uzasadnioną butę. Obawiam się, że wypowiedź Sikorskiego jest przejawem jedynie tej drugiej postawy. Nie mamy niestety żadnych podstaw by twierdzić, że wojna w Afganistanie wygasa (choć można takie opinie usłyszeć i to z ust dowódców sił interwencyjnych); wręcz przeciwnie, obawiam się, że im trwa ona dłużej i im bardziej siły ISAF cisną talibskich i pasztuńskich rebeliantów, tym sytuacja staje się coraz poważniejsza, słowem – im bardziej wydaje się nam, że jesteśmy blisko wygranej, tym bardziej możemy się mylić w tej kwestii. Asymetryczność tego konfliktu utrudnia bowiem realną ocenę sił i wpływów (które są może nawet ważniejsze niż sam potencjał militarny) przeciwnika, a co za tym idzie – sprawia, że niemożliwe staje się dokładne oszacowanie terminu zakończenia działań zbrojnych i ich wyniku.

Osobiście uważam, że konsekwencje sprawy ograniczą się jedynie do polskiego podwórka – opozycja na pewno wykorzysta ewentualne straty poniesione przez polskie wojsko w Afganistanie, wliczając je w poczet ofiar ministra Sikorskiego.

Zupełnie inną kwestią jest jednak potencjalny wpływ tej deklaracji na bezpieczeństwo polskich żołnierzy w Afganistanie. Moim zdaniem, dla wojny afgańskiej nie będzie ona mieć zapewne żadnego znaczenia. Bez względu na to, czy minister Sikorski wypowiedziałby się w ten, czy w bardziej dyplomatyczny sposób, polski kontyngent byłby nadal narażony na ataki rebeliantów, tym bardziej, że w miesiącach letnich konflikt w Afganistanie zazwyczaj przybiera na sile. Wątpię w to, że tylko ze względu na tą wypowiedź Hekmatiar rzuci dodatkowe siły do ewentualnych walk z Polakami, czy rozpęta „polowanie” na naszych żołnierzy, ale Sikorski dał mu na pewno dodatkowy argument „motywacyjny” dla podwładnych. Wypowiedź ministra była – delikatnie mówiąc – nierozważna, podyktowana emocjami (co w polityce zazwyczaj jest błędem), a co za tym idzie, pozbawiona politycznego wyczucia. Wojna w Afganistanie jest wystarczająco ciężką przeprawą dla sił NATO, by podejmować dodatkowe ryzyko poprzez takie deklaracje.