Traktat lizboński: drugie dno irlandzkiego referendum

Jeśli potwierdzą się pierwsze doniesienia z Zielonej Wyspy, traktat reformujący działanie Unii Europejskiej (tzw. traktat lizboński), nie wejdzie w życie z powodu braku ratyfikacji we wszystkich z 27 państw UE.

Piotrek Wołejko, którego niezwykle cenię i z którym – zazwyczaj przynajmniej – się zgadzam, nawiązując do artykułu R. Magierowskiego, w swoim dzisiejszym wpisie na blogu, stwierdza, że:

Wicenaczelny „Rz” słusznie zauważa, że mieszkańcy Zielonej Wyspy mają pełne prawo decydować o traktacie. Głosy mówiące o tym, że 3 miliony decydują o losie 490 milionów można uznać za hipokryzję. Unia jest dla obywateli, a politycy europejscy mają gęby pełne frazesów o demokracji obywatelskiej oraz przybliżaniu unii do obywateli. Niestety, ale po klęsce eurokonstytucji w referendach we Francji i w Holandii, europejscy przywódcy przestraszyli się własnych obywateli. -„Nie dorośli do Europy”, to bardzo częsty komentarz podsumowujący postawę coraz bardziej eurosceptycznych Europejczyków.

Tym razem jednak daleko nam do jednomyślności. Przytoczony argument jest oczywiście słuszny, bowiem mieszkańcy Irlandii powinni mieć pełne prawo decydować o traktacie – dokładnie takie samo, jak mieszkańcy innych państw członkowskich. Należy się jednak zastanowić, czy aby na pewno, prawo to – realizowane za pomocą ogólnonarodowego referendum – nie jest w gruncie rzeczy dyskryminujące dla obywateli innych państw. Referendum ogólnonarodowe sprawia, że głos trzech milionów Irlandczyków jest tak samo ważny jak 38 milionów Polaków czy ponad 82 milionów Niemców; na pierwszy rzut oka, siła głosu Irlandczyków, mierzona (tutaj akurat) możliwością zablokowania niekorzystnych – ich zdaniem – zmian w Unii, jest zatem równa sile głosów innych społeczeństw europejskich. Właśnie – społeczeństw, ale nie obywateli! Jest to jeden z odwiecznych dylematów Zjednoczonej Europy: Unia obywateli czy społeczeństw, a tak naprawdę – państw. Moim zdaniem, referendum w Irlandii – choć jest wyrazem jak najbardziej demokratycznej aktywności obywatelskiej – w ogólnym rozrachunku jest paradoksalnie zwycięstwem zupełnie przeciwnej jej wizji rozwoju Unii Europejskiej, która zakłada, że to państwa, a nie obywatele decydują o losie Europy.

Ponadto, taka forma decydowania o losach Wspólnoty jest de facto przejawem tzw. głosowania kurialnego, gdzie głos każdej kurii (sekcji) jest równoważny, bez względu na rzeczywistą jego wagę. Dzisiejsza Europa jest więc podzielona na 27 kurii-państw, z których każde, bez względu na wielkość, potencjał gospodarczy czy społeczny, ma po jednym głosie, co jest wyraźną preferencją dla państw małych i zaprzeczeniem zasady równości Tym właśnie różni się Europa od – podawanych przez Piotrka za przykład demokratyzmu – Stanów Zjednoczonych, gdzie liczba elektorów w Kolegium Elektorskim podczas wyborów prezydenckich, uzależniona jest od wielkości danego stanu (podobnie jest z wyborami do Kongresu). Dlatego też, waga głosu jednego z 607 827 mieszkańców Vermont czy podobnej do Irlandii, pod względem wielkości populacji, Alabamie (niemal 4 500 000 mieszkańców), jest zbliżona do siły głosów znacznie gęściej zaludnionych stanów, takich jak Kalifornia. Nie oznacza to jednak, że same stany mają jednakową siłę głosu. Podobnie jest zresztą w każdych niemal wyborach w państwach europejskich, gdzie istnieją przecież nierówne – pod względem liczby ludności, a co za tym idzie i ilości przydzielonych im mandatów – okręgi wyborcze.

Jedynie referendum ogólnoeuropejskie miałoby szansę zmienić ten stan rzeczy; jest to jednak rzecz raczej nie do wprowadzenia w dzisiejszej Europie, tym bardziej, że ma wiele wad – mogłyby się pojawić zarzuty, że łamie ono prawa mniejszych społeczeństw do swobodnego wpływania na losy zjednoczonej Europy i jest – de facto – przejawem millowskiej (czy tocquevillowskiej) tyranii większości. Nietrudno zaś zgodzić się z argumentem o braku prawdziwego przywództwa w Unii. Niestety, mimo pokładanych w nich wielkich nadziei, ani Nicolas Sarkozy, ani Angela Merkel nie potrafią pchnąć integracji na odpowiedni tor, dzięki któremu zjednoczona Europa będzie mogła wreszcie doprecyzować swoje cele, tak w sferze stosunków wewnętrznych, jak i roli i pozycji na arenie międzynarodowej.

Takim impulsem mógł być (lub jest) jednak traktat reformujący; nie jest on może ideałem, ale wprowadza pewne kluczowe zmiany, które zadecydować by mogły o skuteczności działania UE i WE. Dlatego też rozwiązanie tej kwestii jest tak niezwykle trudne. Nie „pomaga” w obejściu tego problemu także nie do końca określony status międzynarodowy Unii Europejskiej (co miało zostać zmienione właśnie w traktacie lizbońskim) oraz charakter samej organizacji – dziś Unia trwa w zawieszeniu: nie jest już zwykłą organizacją międzynarodową, ale nie jest też państwem, co sprawia, że z jednej strony posiada ogromne kompetencje w wielu dziedzinach, a z drugiej – nie posiada odpowiednich narzędzi do prowadzenia innych, nierzadko komplementarnych w stosunku do sfer uwspólnotowionych, polityk (patrz: Bruksela na celowniku szpiegów). Tak samo jest z kwestią demokratycznej kontroli – teoretycznie my, obywatele państw członkowskich, narzekamy na „oddalenie” Unii od naszych spraw i jej niedemokratyczną strukturę, a jednak, gdy padają propozycje takie jak ogólnoeuropejskie wybory do Parlamentu Europejskiego czy wspomniane już referendum, mówimy, że to za daleko idące zmiany, które mają na celu stworzenie federacji europejskiej. Jeśli chcemy demokratycznej Unii, musimy wybrać: albo powrót do państw narodowych, albo coraz głębsza integracja i powolne obumieranie szczebla rządowego (z założeniem stałego powiększania elementu samorządowego w – nazwijmy to umownie – regionach). Wybór bardziej właściwej koncepcji pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy.